…keep on running…

Lyon & Paryż… turystycznie

IMG_1952

 

GDA 6:15 > FRA > LYS 10:10… tak w telegraficznym skrócie minęła podróż do Lyonu, gdzie udałem się aeroplanem germańskich linii lotniczych, czyli Lufthansą. Mimo, że nie sponsorują mnie te linie a szkoda… to obsługa zarówno na lotnisku, jak i w samolocie była bardzo, bardzo, dobra i już wiem, dlaczego te lnie lotnicze cieszą się dobrą renomą. Szybko,  sprawnie, grzecznie i smacznie.

Podróż minęła szybko. Międzylądowanie we Frankfurcie, krótki czas oczekiwania i byłem we Francji a dokładniej w Lyonie. Żeby dostać się do miasta musiałem poszukać pociągu kursującego na linii aeroport – miasto, zakupić bilety i dojechać do centrum, gdzie musiałem przesiąść się w metro… ale o tym chyba już wcześniej pisałem. W każdym razie warto cofnąć się chwilę w czasie, do starszego wątku, żeby w skrócie przeczytać, jak to wyglądało.

Po Lyonie poruszać się komunikacją miejską jest bardzo łatwo. Jeżdżą tam tramwaje, trolejbusy, autobusy, metro i pociągi. Wszystko jest łatwo i przejrzyście skomunikowane  i mając plan sieci komunikacyjnej oraz mapę miasta można wszystko spokojnie ogarnąć. Nic strasznego. W biletomatach na stacjach można płacić keszem oraz kartą, którą nawet udało mi się zapłacić za bilet w metrze. Nie spojrzałem po jakim kursie, ale muszę z ciekawości odnaleźć tą transakcję. W mieście jest dużo ciekawych miejsc, wartych obejrzenia. Niestety nie mam pamięci do nazw oraz do zabytków, muzeów itp. więc lepiej skorzystać z przewodnika z netu, żeby sobie poukładać plan wycieczki a jest co robić, gdzie maszerować i gdzie jeść oraz gdzie pić. Ceny… europejskie, znaczy się polskie, czyli jak w Polsce, z tym że w euro… niestety.

Tanio nie jest. Micha makaronu z czymś do picia w centrum miasta kosztuje około 15 – 19 eurasi. Browar około 4 E. Woda 1,5l w lokalnym markecie 0,7 E. Ludziska gadają głównie po francuskiemu, po angielsku mniej, więc nie ma się co dziwić, że w knajpie czy w hotelu ktoś będzie do nas trajlował akurat w tym języku, którego nie rozumiemy… Generalnie w Lyonie zbyt dużo nie kręciłem się. Przed startem zaliczyłem kilka krótkich spacerków a w niedzielę dłuższy, nie wgłębiając się w szczegóły. Raz, że byłem trochę zmęczony po starcie a dwa, że w poniedziałek jechałem do Paryża i musiałem zwlec się po 4 rano. Francuzi jedzą dziwne śniadania, chociaż ja jem bardzo podobnie, ale dla wielu osób mogłoby to być małym zaskoczeniem. Bagietki, ciastko francuskie, miód, dżem, kawa… żadnej kiełbachy, jajecznicy czy sera, przynajmniej w tym hotelu, w którym ja spałem. Może w innych jest inaczej, ale lepiej przygotować się na niespodziewanki.

800px-Grandes_armes_de_la_ville_de_Paris.svg

…on tour 2 Paris. To chyba był główny punkt wycieczki, oczywiście po starcie w maratonie a największą atrakcją tego wyjazdu miała być podróż TGV, który ciśnie ponad trzy setki po szynach. Podobnie, jak w Chinach, ale… niestety. Z podróży nic a nic nie pamiętam, gdyż zarówno w jedną jak i w drugą stronę spałem jak zabity.

Bilety na pociąg kupiłem w kraju przez internet. Szybko i sprawnie. Można było wybrać klasę, miejsce i oczywiście godzinę odjazdu. Co mnie zdziwiło, to fakt że pierwsza klasa była dużo tańsza od drugiej i po dość długich poszukiwaniach u różnych operatorów kupiłem bilety za 95 Euro w obie strony. Z podatkami wyszło 101 Euro. Może to tanio nie jest, ale TGV i 2 godziny z Lyonu do Paryża w 1 klasie… po maratonie. To dość dobra okazja. Było warto, szczególnie że bilety kupowałem na kilka dni przed wyjazdem. Wcześniej można było kupić je taniej. Bilet w formie papierowej wydrukowany na czarno białej drukarce w formacie A4 w zupełności wystarczył. Nie trzeba było iść do kasy i zamieniać go na „oryginalny oryginał”. Aha, bym zapomniał. Z hotelu targałem się jednym metrem, potem drugim metrem by trafić na dworzec główny, czyli Gare de Lyon Part Dieu… zamiast wsiąść na Gare de Lyon-Perrache, który miałem… pod nosem, jakieś 3 minuty a może i dwie z buta. W każdym razie w drodze powrotnej zorientowałem się gdzie jest stacja końcowa i tam też wysiadłem i nie musiałem się o północy włóczyć po ciemnych lyońskich uliczkach.

IMG_1949

…na miejscu byłem kilka minut po ósmej. Odpaliłem apkę z mapami, polecam „maps.me” skąd miałem zassane mapki i mogłem bez problemu w trybie off line maszerować po mieście. Kierunek Eiffel Tower i przed siebie. Do wieży miałem jakieś 6km z małym haczykiem. Po drodze zahaczyłem o sklep z ciastkami francuskimi, o jakiś park i maszerowałem sobie beztrosko dalej sms’ując po drodze z moją siostrzyczką. Tak, mam siostrę. Starszą. Siostra stwierdziła, że skoro jestem w Paryżu to mam iść zobaczyć Katedrę Notre Dame  oraz muzeum Luvr, gdzie mieszka Mona Lisa…

IMG_1976

IMG_1981


IMG_1990

Nie jestem miłośnikiem kultury i historyji, ale jak byłem na miejscu to zaszedłem, na szybko zwiedziłem, zrobiłem kilka fotek i … na wieżę marsz. W Luvrze do Mona Lisy była mega wielka kolejka, a sala, w której znajdował się obraz była w 120% przepełniona turystami, z których każdy chciał zrobić sobie  fotę z Moną. Też tak zrobiłem. Poniżej fota upamiętniająca ten wyczyn. Oczywiście Mona jest „miszczem” drugiego planu…

Ruszyłem dalej… przez park w stronę wieży. Bilet na wieżę miałem również kupiony przez internet za pomocą fajnej stronki, której najpierw nieco się obawiałem, ale działa i się sprawdza, więc również mogę ją polecić: Get Your Guide. Działa w różnych krajach i jest bardzo przydatna. Ja np. zakupiłem bilet na wieżę, z wejściem na najwyższe piętro, bez czekania w kolejce. To był strzał w dziesiątkę, bo jakby ktoś chciał kupić bilet w kasie to… współczuję. Termos, kanapki, obiad i można czekać… Nasza grupa, oczywiście międzynarodowa, miała zbiórkę pod karuzelą i tam opiekun grupy wraz z przewodnikami władającymi kilkoma językami (opcji PL nie było) rozdali bilety, zaprowadzili do wejścia – BEZ KOLEJKI – i można było wjechać windą na drugie piętro. Wracając jeszcze do tego co było przed wjazdem do góry. Obiad – pizza + beer oraz godzinna drzemka na trawce pod wieżą. Było błogo. Nastawiłem budzik, żeby nie zaspać i poszedłem w kimę. Fajne uczucie. Park oczywiście jest wielki i ogólnodostępny. Ludziska piknikują tam, odpoczywają czy grają w piłkę. Ja wybrałem opcję „spać”.

…i faktycznie jakieś pół godzinki pospałem. W międzyczasie internetowo poszukiwał mnie na fejsie kumpel, z którym się umówiłem gdzieś na mieście, a jako że miałem wyłączoną przez chwilę transmisję danych to zrobiła się fajna dyskusja na necie, a wpis krz „No qva ziomek mi zaginąl na wiezy Eiffla ! Piotr gdzie jesteś?! Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie…” rozwaliła mnie na łopatki. Wracając do wieży. Wieża, jak wieża. Jest wysoka i widać z niej bardzo ładnie cały Paryż. Fotki w galerii poniżej. Wjeżdża się na drugie piętro, a potem na trzecie skąd widać jeszcze ładniej i więcej. Jest tam bardzo wiele osób i każdy robi sobie focię albo selfi. Niektórzy fotografują krajobraz. To obowiązkowy punkt zwiedzania. Ja tam jednak nie zasiedziałem długo. Po krótkim tourne zjechałem w dół i jako, że coś było nie halo z windą, grzecznie pomaszerowałem z buta w dół. Na ziemię.

IMG_2127

IMG_2086

IMG_2145

Z wieży pomaszerowałem na Pont de la Concorde, gdzie ustawiony byłem z kumplem z Ojczyzny, którego ostatnio widziałem jakieś 16 lat temu… Połaziliśmy chwile po mieście, zasiedliśmy na ławeczce nad Sekwaną przy katedrze i pogadaliśmy o starych Polakach. Było tak sympatycznie, że prawie spóźniłem się na ostatni TGV do Lyonu. Na stacji byłem za 8 minut odjazd… Podróż oczywiście przespałem… Jak się obudziłem pod Lyonem, w komórce miałem kilka nieodebranych połączeń od Iw, która myślała że coś mi się stało a ja tylko zasnąłem. W jednym kawałku dojechałem, na dworcu tradycyjnie się zgubiłem i po jakimś czasie dotarłem do hotelu.

IMG_2186

Co do samego Paryża. Bardzo ładne miasto. Jest gdzie chodzić i co zwiedzać, ale trzeba przyjechać na dłuższy czas i wszystko sobie zaplanować. Ja jak zawsze wybrałem opcję express, ale i tak było fajnie. Ceny w Paryżu… drogie. Lepiej zaopatrzyć się w pokarm i napoje niż kupować np. butelkę 0,5l coli pod wieżą, bo kwota 4,5 E jest dość wygórowana… Bilety na wieżę czy na inne atrakcje również lepiej kupić wcześniej przez internet niż czekać w kilometrowych kolejkach i niepotrzebnie tracić czas.

IMG_2204

…na lotnisku coś takiego spotkałem. Kabina do spania. A co…

IMG_2194

IMG_2218

2. Bieg Niezłomnych – Sobótka

logo1689

 

Cześć i chwała Bohaterom! Takim okrzykiem rozpoczęła się druga edycja Biegu Niezłomnych ku czci Żołnierzy Wyklętych, w której miałem przyjemność wziąć udział. Dość mocno obawiałem się tego startu, gdyż dalej boli mnie lewe podżebrze. Mniej, ale boli.

Po maratonie zrobiłem dwa treningi, jedno środowe rozbieganie około 12km a w czwartek 20km spokojnego roweru. Mięśniowo czułem się ok, oddechowo również było dobrze, więc jedyne pytanie brzmiało, czy dam radę mocno pobiec i czy nie przeszkodzi mi w tym dość upierdliwy ból. Jak już wspominałem śledzionę wykluczyliśmy, o odmie nie ma co wspominać, więc teoretycznie stawiam na mięśnie i jakiś uraz w kręgosłupie, nacisk na nerw czy coś w tą stronę. Teoretycznie oczywiście, bo w m praktyce nie mam 100% pewności, co mi jest.

Do Wałbrzycha, tradycyjnie przez Wrocław udaliśmy się z Iwoną samolotem z prostego względu. Czas, komfort i cena – to wszystko przeważyło nad pozostałymi środkami transportu, jak ciapąg czy autobusik w kolorze borysowym. Godzinka lotu, godzinka jazdy WROC – Wałbrzych i na miejscu a nie cały boży dzionek z jednego krańca Polski na  drugi.

IMG_2292

Wracając do zawodów, bo część turystyczno – krajoznawczą pominę… Do Sobótki pocisnęliśmy w sobotę z rana, dojechaliśmy bez problemów do biura zawodów i po spotkaniu kilku znajomych udaliśmy się z Qzynem na rozgrzewkę. Rozgrzewka, którą robiłem przed tym startem niestety ograniczyła się do jakiś 200 może 300m truchtu i sporej dawki ćwiczeń ogólnorozwojowych. Dlaczego nie truchtałem standardowej dwójki czy trójki? Z wiadomych przyczyn. Nadmienię, że przed startem musiałem wziąć dość mocne prochy przeciw bólowe, ale tego rozwiązania nie polecam. Chciałem przebiec to po prostu jak najmniejszym kosztem jednocześnie wchodząc w pulę. Takie było założenie. Trasa miała być dość ciężka i wymagająca. 10km w tym na dzień dobry 4km pod górę.

Ruszyliśmy… do przodu poszła dwójka biegaczy, dość mocno i odważnie, ja za nimi. Było od razu pod górę, Najpierw asfaltem, potem leśną ścieżką pełną ostrych i wystających kamieni. Był to dość wymagający teren i trzeba było umieć po nim biec. Pierwszy km 3’45,   potem 4’22, 24, 00… góra się skończyła i można było puścić nogi na zbiegu, gdzie również trzeba było uważać żeby się nie przewrócić na jakimś kamieniu czy na zakręcie, w który wchodziłem z prędkościami bliskimi 3’/km. Kolejne kaemy wychodziły odpowiednio 3’05, 07, 21 i… znów pod górę. 4’10, 07 i ostatnie (wg GPS) 600m po 3’52/km. Na mecie zamknąłem zegar z czasem 36:50 i uplasowałem się na trzeciej pozycji. Daniel zaliczył również bardzo dobry bieg i na mecie zameldował się po 56 minutach i 24 sekundach. Gratulacje Qzyn!

IMG_2314

Było już ciepło i nogi dość mocno paliły. Zacząłem oglądać się do tyłu, czy nie ciśnie mnie zbyt mocno czwarty zawodnik. Przewaga była bezpieczna, więc całe szczęście nie musiałem dawać z siebie 110%, szczególnie że w niedzielę czekał mnie kolejny start. Nie byłem przygotowany do tak górskiego biegania a szczególnie po biegania po takiej nawierzchni. Może dla osób trenujących na co dzień w takim terenie to nie było nic nadzwyczajnego, ale na pomorzu nie spotyka się takich tras. To był dość ciężki bieg, ale jego formuła, jak i trasa bardzo mi się podobała. Szkoda, że nie byłem w 100% dyspozycji, bo można było pokusić się o wyższe miejsce, ale nie ma co gdybać.

IMG_2333

Było dobrze. Po zakończeniu biegu podczas ceremonii dekoracji były gratulacje i uściski dłoni od weteranów tzw. drugiej konspiracji z lat 1944-1956. To było cenniejsze od nagród i krótkiej chwili spędzonej na podium.

Bardzo dobrze, że organizowane są imprezy o takim charakterze, gdyż historia naszego kraju jest tylko jedna i nie można jej zamazywać, retuszować czy pisać tak, jak wieje wiatr. Mnie w szkole o tym nie uczono. Temat był bardzo dobrze tuszowany a nawet lepiej… Ludziom walczącym o taki kraj, w którym teraz możemy bezpiecznie żyć należy się pamięć, cześć, chwała i szacunek a tym, którzy starali się tą historię zamazać grubym czerwonym kolorem…

IMG_2296

CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM !

IMG_2336

WMAC 2015

IMG_2192

 

Dobiegłem. Tak w największym skrócie można by było skomentować mój start w maratonie podczas Mistrzostw Świata Weteranów w Lekkiej Atletyce, w którym wystartowałem w minioną niedzielę. Może to brzmi dość pesymistycznie i szaro, ale tak było, chociaż mogę z powiedzieć, że zająłem 9. miejsce w swojej kategorii wiekowej oraz uzyskałem najszybszy czas z Polaków startujących w królewskim dystansie. Pójdę dalej… byłem drugi z 35-cio latków… Wszystko zależy, jak na to spojrzeć. Jako osoba bardzo sceptycznie podchodząca do moich startów oczywiście nie jestem zadowolony z rezultatu 2:41:58, ale… jak na „jednym płucu” ze skróconym oddechem i „kolką” czy gigantycznym przykurczem to cud, że dobiegłem do mety w jednym kawałku.

Od początku…

Do Lyonu ruszyłem w piątek rano, lot miałem z Rębiechowa. Na lotnisko podrzuciła mnie Iwona a po drodze zabraliśmy Antka Cichończuka, który również startował w maratonie, lecz miał inny lot niż ja. Ja leciałem przez Frankfurt, Antek inną trasą. O 6:20 wystartowałem i na miejscu byłem parę minut po dziesiątej. Szybko i sprawnie. Na lotnisku wbiłem się w pociąg łączący miasto z lotniskiem, potem w tramwaj i za chwilę byłem w hotelu, zwanym dalej norą. Oczywiście po drodze nie obyło się bez małych problemów, najpierw biletomat nie chciał ze mną współpracować, potem nie mogłem znaleźć przystanku tramwajowego, ale finalnie wszystko odbyło się jak należy. W hotelu, jak wspomniałem wyżej zameldowałem się, ale… tradycyjnie lekko nie było. Pani z recepcji nawijała do mnie po francusku i sam nie wiem co mi proponowała, bo bardzo mocno się przy tym uśmiechała. Udało się jednak wszystko załatwić i o dziwo skasowała mnie 194 Euro zamiast 240, które pierwotnie miałem zapłacić. Do dziś nie znam przyczyny tej decyzji. Jako, że byłem w hotelu czyt. w norze za wcześnie, to ruszyłem na miasto coś zjeść oraz kupić coś do picia.

IMG_1769

Wciągnąłem makaronik, kupiłem kilka flaszek z wodą, banany, żelki i wróciłem do nory. Całe szczęście trafiłem na inną panią, która jako tako mówiła po angielsku wplatając w międzyczasie dość dużo słów po niemiecku, tak więc po angielsko niemiecko francusko polsku dogadaliśmy się co do szczegółów i ustaliliśmy co gdzie z kim i jak. Tak międzynarodowo. Przespałem się chwilkę i ruszyłem na stadion po numer startowy. O dziwo miałem luźne nogi i czułem się delikatnie mówiąc bardzo dobrze. Zorientowałem się, jak działa metro, skąd i dokąd mam jechać, gdzie wysiąść zarówno w drodze na start, jak i podczas poniedziałkowego wypadu do Paryża, więc tu temat był błyskawicznie ogarnięty. Pakiet startowy odebrałem, a ciemnoskóra bogini, która mi go wydawała była tak zafascynowana mną (tak sobie to tłumaczę), że zaproponowała mi zniżkę u … fryzjera. A podobno to Francuski się nie golą… Po fakcie zorientowała się, co powiedziała i dość długo nie mogła dojść do stanu sprzed „propozycji” zanosząc się gromkim śmiechem. Było mega sympatycznie. Wróciłem do nory, obejrzałem w komórce kilka filmów (całe szczęście miałem dobre wi fi) i poszedłem spać.

IMG_1800

W sobotę rano przed śniadaniem wyszedłem na rozruch. Pogoda była idealna, chłodno pochmurno, idealna pogoda do biegania. Pokręciłem się nad rzeką, obiegłem stadion Olympic Lyon, pogimnastykowałem się, zrobiłem kilka luźnych rytmów i czułem się rewelacyjnie. Był luz w nodze, nic nie bolało, chociaż czwórka puściła dopiero po około 2-3km i wróciłem do hotelu na śniadanie. Potem drzemka, spacerek, obiadek, spacerek, wszystko krótko i delikatnie i spać. W niedzielę miałem wstać o 4:30 rano… najpóźniej. Profilaktycznie nastawiłem 3 budziki i minutnik, w razie gdybym zaspał.

IMG_1813

Obudziłem się przed czwartą rano. Nie czułem się super extra fantastycznie. Czwórka bolała, Achilles lekko ciągnął, ale to chyba dobrze, bo jak człowieka nic nie boli, to znaczy że nie żyje… Zaniepokoiło mnie jednak coś zupełnie innego. W lewym boku czułem coś jakby kolkę. Dziwne uczucie, ale nie przejąłem się tym. Miałem ze sobą nospę forte i czułem się w miarę bezpieczny. Wciągnąłem ciastka zbożowe z miodem, banana, vitargo i kilka minut po piątej ruszyłem na metro. Dalej miałem kolkę. W metrze 99,9% osób stanowili zawodnicy biorący udział w WMAC. Czułem się dziwnie, delikatnie mówiąc, jak gówniarz bo moje 35 wiosen na karku przy wieku zaprawionych w bojach sportowców z kategorii 50, 60, 70… wyglądało dość komicznie. IMG_1884

Na miejscu byłem chwilę po 6 rano. Dalej było ciemno i nie wiadomo było co jest i gdzie. Spotkałem na miejscu Antka i Krzyśka Dudzisa oraz kilku Polaków. Łyknąłem nospę i poszliśmy oddać rzeczy do depozytu. Tu się przyczepię do tematów organizacyjnych i napomnę, że na około 1500 startujących w zawodach, depozyt znajdował się w dość małym namiocie i obsługiwany był przez dwie osoby w tym pana na wózku inwalidzkim. Dość długo więc trwało, zanim ogonek się zorganizował i każdy wrzucił klamoty do namiotu. Podobnie było z toaletami. Było ich mniej niż mało a nawet mniej. Czas zaczął uciekać, kolkę nadal miałem a z toia wyszedłem o 6:55. O 7 rano był start. Wszystko na styk, ale bez stresu. Luźna noga była, więc nie przejmowałem się. Musiałem się jeszcze przepchać do przodu, co okazało się nie lada wyzwaniem, bo wszyscy byli bardzo mocno ściśnięci a kilku starszych francuzów dość ostro skomentowało, oczywiście w swoim języku, moje „ajm sory”. Cóż…

O 7 rano wystartowaliśmy. Żwawo i dość szybko. Wszyscy gnali na złamanie karku, co mnie lekko zaskoczyło. Tempo było mocne, ale nie myślałem, że aż takie, szczególnie że przede mną było sporo zawodników ze znacznie starszych kategorii wiekowych. Pierwszy km wyszedł uwaga w… 3’24. Szybciej w życiu maratonu nie otworzyłem. Cały czas niestety czułem ból w lewym podżebrzu i zaczęło mnie to już dość mocno niepokoić. Czwórka również pobolewała, ale wiedziałem że ją rozbiegnę, więc to miałem w miarę w głowie opanowane. Kolejny km 3’47, 42, 41, 40. Mięśniowo luz… Dalej kaemy wychodziły w 3’36, 42, 41, 42, 35. Co podkręcałem mocniej tempo, bardziej mnie przytykało i ból stawał się naprawdę dość silny. Myślałem, żeby zejść i tak też powinienem zrobić, ale liczyłem że prędzej czy później puści. 3’39, 34, 43, 41, 39, 36, 37, 45, 45, 44, 41 i 1:17:11 na połówce. Tu generalnie bieg się skończył a druga połówka była walką o przysłowiowy ogień. Szkoda, bo było z kim biec. Była grupa zarówno na 2:30, na 2:35, 36… 40 i na taki czas na jaki bym sobie wymyślił, ale nie mogłem biec, nie mogłem oddychać pełną piersią i postanowiłem dobiec do mety nie zostawiając zbyt dużo zdrowia w parku Parilly. Koniec i kropka. Dreptałem po cztery kilkanaście na kilometr i wtdreptałem 2:41:58. Ostatnie 100m na stadionie z zaciśniętymi zębami poleciałem dość luźno, dziękując kibicom i stanąłem za linią mety… Czułem się zmasakrowany, jakby mnie ktoś kijem do golfa…

IMG_1891

Mocno spłycił mi się oddech, praktycznie nie mogłem pełną piersią oddychać a prędkość mojego poruszania się spadła do pół metra na godzinę. Było gorzej niż źle i de facto dzięki Antka doczłapałem się do namiotu medycznego. Tam wystąpił kolejny problem, ciężko było się dogadać po angielsku, ale udało się. Parametry życiowe były ok, dostałem więc paracetamol i coś przeciwskurczowego pod język. Trochę pomogło. Ból zmalał i po odleżeniu w namiocie jakiś 30 minut doszedłem do stanu pozwalającego na w miarę normalne poruszanie się ruchem jednostajnym prostoliniowym. Posiedziałem chwilkę z chłopakami i wróciłem do hotelu, znaczy się do nory. Gorąca kąpiel lekko pomogła z niwelowaniu bólu, ale dalej czułem mocny dyskomfort. Przespałem się i ruszyłem na miasto na obiad i na browar. Najśmieszniejsze było to, że chodziłem normalnie, nawet nie miałem zmęczonych nóg. Luz i swoboda. Czułem się jakbym przetruchtał dychę po 5 minut. Jedyne co przeszkadzało to ból z lewej strony i w sumie to by było na tyle…

IMG_1908

W poniedziałek pojechałem TVG do Paryżewa, zaliczyłem ekspresowe zwiedzanie miasta, czyli katedrę Notre Dame, Luvr i Wieżę Eiffla. Niedługo wrzucę kilka fotek z tego wyjazdu.

Wracając jednak do mojej dziwnej przypadłości. Ból doskwierał mi całą niedzielę, poniedziałek, wtorek, środę. W środę poszedłem na trening, bolało dalej, ale skonsultowałem temat z lekarzem, który od razu wykluczył trzustkę. Na tapecie została odma płucna, ale to temat raczej również do odrzucenia, chociaż RTG zrobię, oraz nadwyrężenie, nadciągnięcie mięśni międzyżebrowych co składałoby się w pewną prawidłowość. Kilka razy po dość bolesnym „masażu powięzi” czułem właśnie w tym miejscu przez kilka dni lekki ból… Bardziej bolało z lewej, mniej z prawej strony. Padła też teza że to może mieć związek z częścią piersiową kręgosłupa i to mi znów zaczyna układać się w pewną całość… Muszę to wszystko ładnie poukładać i przegadać z moim lekarzem, jak wróci z urlopu.

Dwa zdania w temacie poziomu sportowego, który był dość wysoki. Przyczyniła się do tego dobra pogoda i szybka trasa oraz sami zawodnicy, którzy nie stanęli na linie startu przypadkowo.


WYNIKI

Men 35

1 Beda, Szabolcs, M38 Hungary 2:31:17.00
2 Lavendomne, Arnaud, M36 France 2:32:16.00
3 Supervia Pocino, M37 Spain 2:34:09.00

Men 40

1 Mercier, Christian, M40 Canada 2:28:42.00
2 Mouquet, Sylvain, M44 France 2:30:33.00
3 Wilson, Kerry-Liam, M44 Great Britai 2:31:01.00

Men 45

1 Plaza Benita, Migu M48 Spain 2:30:07.00
2 Rosa, Eusébio, M46 Portugal 2:33:01.00
3 Poch, Mike, M49 Germany 2:33:39.00

Men 50

1 Vázquez Sánchez, M53 Spain 2:32:18.00
2 Palandre, Yves M50 France 2:33:52.00
3 Perona, Jose, M51 Spain 2:38:39.00

Men 55

1 Dolbik, Ihar, M56 Belarus 2:42:56.00
2 Loeschner, Frank, M55 Germany 2:43:15.00
3 Maresca, Andrea, M56 Italy 2:44:32.00

Men 60

1 Trentin, Virginio, M60 Italy 2:47:08.00
2 Deram, Steven, M60 Belgium 2:48:52.00
3 Lahoz, Luis, M62 Spain 2:57:05.00

Men 65

1 Stolwijk, Cees, M65 Netherlands 2:59:52.00
2 Gentzik, Jean Clau, M65 France 3:00:49.00
3 Cichonczuk, Antoni, M66 Poland 3:01:09.00

Men 70

1 Girard, Georges, M71 France 3:17:51.00
2 Mourou, Maurice, M71 France 3:20:05.00
3 Lebediev, Dmytro, M73 Ukraine 3:25:39.00

Men 75

1 Barreneche Ríos, H, M76 Colombia 3:24:32.00
2 Clemens, Horst, M77 Germany 3:34:06.00
3 Taivassalo, Keijo, M76 Canada 3:38:12.00

Men 80 (jeden zawodnik)

1 Morawiec, Jan, M82 Poland 4:12:11.00


Z pozytywów… mięśniowo nic mnie nie ruszył ten bieg. Trzeba skupić się nad kolejnymi startami i pozbyć się tego cholernego bólu raz na zawsze i to nie za pomocą ketonalu czy diklofenaku lub innego chemicznego świństwa. W łykend czekają mnie dwa starty, zobaczymy czy pobiegnę na zaliczenie, czy będę się ścigał. Wszystko zależy od bólu, z którym muszę się uporać.

Czy przejąłem się mocno tym startem? Trochę pewnie tak, ale przez tyle lat uprawiania sportu przyzwyczaiłem się, że raz jest się u góry raz na dole i z każdej porażki należy wyciągnąć wnioski. Do tego startu byłem dobrze przygotowany, nic nie zepsułem żywieniowo, może lekko mogłem zmodyfikować trening a szczególnie ostatnie półtora tygodnia i w tygodniu startowym wrzucić lekki akcent, ale nie chciałem ryzykować ze względu na czworogłowy, który cały czas wydaje mi się, że „nie jest” czworogłowym… O czym myślę? O nerwie udowym… O tym skąd wychodzi i dlaczego akurat z tego miejsca, z którym mam największe problemy… Coraz bardziej skłaniam się ku  temu, że to wina jakiegoś ucisku na nerw niż „wada” mechaniczna, bo nie ma ku temu żadnych sygnałów. Podobnie było rok temu… Co pomogło? Rower. Dlaczego…  między innymi dlatego, że dzięki długim czasie spędzonym na siodełku rozciągnąłem kręgosłup… Takie chodzą mi po głowie myśli i coś w nich jest…

Nie zawsze, jak boli kolano to jest wina kolana…

WALKA TRWA!

IMG_1771

…maratońsko

lyon2015

W niedzielę docelowy start w sezonie, czyli kolejny maratonik, tym razem pierwszy na francuskiej ziemi  i pierwszy na imprezie takiej rangi. Oczywiście można powiedzieć, co to za ranga, bo jak to kiedyś usłyszałem że to mistrzostwa świata dziadków i nie ma tam dobrych zawodników, fakt super gwiazd nie ma, ale cóż… Niech malkontenci marudzą a ja mam na nich delikatnie mówiąc… i robię swoje. To co lubię i z czym jest mi dobrze. Za rok, jak się uda również wystartuję na WMAC, ale w Australii w Perth. A co.

Trening i przygotowania zakończone, forma teoretycznie jest, chociaż lekko poeksperymentowałem z treningiem i ciut przesadziłem, czego się na początku obawiałem, więc teraz odpoczywam i nic nie robię. Tzn robię, można powiedzieć „rehabilituję się” u Maćka w Centrum Zdrowia i Urody w Redzie. Walczymy nad moją lewą czwórką, która po puckiej połówce pobolewa a przejechałem ją dość intensywnym treningiem. Na sobotnim tempie dość mocno ją czułem i lekko mnie to niepokoi. Takie życie. Co robiłem w ubiegłym tygodniu? Dwa akcenty. Jeden spokojny ciągły, 10km po około 3’57/km przy zakwaszeniu 1,0 mmol/l oraz sobotnie tempo, które było mocno hard… Hard ze względu na pogodę i duchotę. Trening biegałem rano a w lesie nie było czym oddychać. Zasysałem powietrze, jak ryba wyjęta z wody… Biegałem trzy serie 2km – 1km, na przerwie 3′. Mięśniowo spoko, oddechowo tragedia… Jadąc na trening i odpalając w samochodzie gremlina wiedziałem, że będzie słabo… HR było podwyższone o kilka ładnych uderzeń, a wilgotność i temperatura… nic fajnego. Dwójeczki wyszły dość spokojnie 6’56, 56, 51. Tysiączki 3’20, 20, 18 a po ostatnim zakwaszenie wyniosło 4,0mmol/l, czyli całkiem sympatycznie.

Po treningu zaliczyłem bardzo fajne weselisko, mojego dobrego kumpla z czasów BnO, gdzie zjechało się wielu paskudnych typów, z którymi miałem przyjemność trenować wiele lat temu. Było super. Stare gęby, dobra nuta, dobre jedzenie i dyskusje o wszystkim i o niczym. Brakowało mi takiego klimatu i odstresowania się od codzienności  w miłym i sympatycznym towarzystwie. Było GIT! Do domu zlądowałem dość wcześnie, bo o 2, ale czułem w gnatach trening a dodatkowo w niedzielę trzeba było (teoretycznie) rano wstać i wybrać się na HTG pokibicować moim podopiecznym.

IMG_1656

Wracając jednak do niedzielnego startu. Lekko nie będzie, ale to maraton. Wygląda na to jednak, że oda trafić się z jako taką pogodą. Nie powinno być + 30, a… poniżej 20 C. Byłoby super. Zobaczymy. Prognozy pokazują słonko za chmurką a że start będzie o 7 rano, to może uda się uniknąć upałów. Na jaki wynik jestem przygotowany, bo wiele osób się mnie o to pyta. Myślę, że poniżej 2:35… ale to zależy od pogody, trasy i… lewej czwórki, czy będzie chciała współpracować, bo achillesy teoretycznie działają prawidłowo. W każdym razie trzeba będzie się mocno zmęczyć.

Oficjalna strona zawodów www.lyon2015.com relacji on-line pewnie nie będzie, ale kto wie. Trzymajcie kciuki.

WALKA TRWA !

Copyright Piotr Suchenia © 2012. All Rights Reserved.

Partnerzy

  Arctic Explorers Team  

POMORZE BIEGA I POMAGA_logo_kolor

RG logo

 

 

 

logo_dietamed_nowe

 

 

gdynia sport

 

LOGO_UKS_7 - Kopia

 

 

   

 

 

 

 

 

 

 

 ZAPYTAJ TRENERA

 

 

 

Piomarlogo

logoglowne