…keep on running…

North Pole Marathon 2017 – veni – vidi – vici !

…a meta zweryfikuje wszystko !!!

W końcu na stałym lądzie. W końcu normalne łóżko i prysznic, jedzenie… niby tylko kilka dni bez tych zwykłych uciech, ale zawsze…

Wylądowaliśmy po dwóch i pół godzinach lotu w Barneo Camp (89 N) w sobotę około 19:15. Było zimno… nawet bardzo. Po krótkiej sesji foto na płycie lotniska miałem już pierwsze objawy odmrożenia, czyli biały nos… a wcale tego nie czułem. Richard (organizator) wychwycił to momentalnie. Piter, You have a white nose… i chwycił mnie za nos, to najprostszy i najszybszy sposób na uniknięcie odmrożenia. Akcja – reakcja – reanimacja. Szybka kolacja, ryba, pure, kiszona kapusta i informacja – o 22:30 start… Extra. Trzeba było szybko ogarnąć się, odpocząć i przyszykować do biegu, ale jak tu biec kiedy temperatura wynosi 30 kresek poniżej zera…

Czytaj dalej

WMACi Daegu 2017 – połóweczka…

Wracając do części sportowej, bo właśnie po to przyjechałem do Korei…

No właśnie. Pierwotnie miałem tu nie przyjeżdżać, bo przy skrócie WMAC pojawiła się literka „i” czyli Mistrzostwa Świata Weteranów indor, czyli w hali, ale zobaczyłem, że będzie rozgrywana połówka, więc cóż, ustaliliśmy z Iwoną, że jedziemy i zaczęło się planowanie. Jak już wcześniej pisałem lecieliśmy przez Helsinki, Finnairem i był to dobry pomysł. Co prawda do Seulu bezpośrednio lata nasz rodzimy LOT i puszczają nawet Drimlajnery, ale trzeba by było się tłuc do Warszawki a tak, to całą operację zaczęliśmy z Gdańska. Szybciej, taniej i wygodniej.

Czytaj dalej

Koreańsko …on tour…

Plan był banalnie prosty. Wrócić do formy sprzed kilku lat i pobiec równo po 3’30/km. Niby nic wielkiego, ale… ale zawsze jest jakieś ale i tak było w tym przypadku. Trening od samego początku szedł po japońsku, czyli jako tako, ale generalnie tym się nie przejmuję. Zima jest jaka jest i ma to swoje uroki. Trzeba trenować a nie płakać, że napadało śniegu po jaja żyrafy, że nie ma się warunków do biegania jak inni, którzy grzeją tyłki w słonecznej Mandżurii. Życie. Tylko silni przetrwają. Pierwsze problemy zaczęły się po Urodzinowym, kiedy trenowałem z chorobą, która finalnie postawiła mnie do pionu i pokazała, że nie tym razem… Wypadło mi więc w BPSie około 150 km… może trochę więcej. Może trochę mniej. Plan został szybko zmieniony, żeby nie napalać się od razu i dyplomatycznie, bez spinania się średnia z 3’30 zmieniła się bardziej realną, czyli 3’35/km, co dawało wynik na mecie w granicy 1:15 z małym ogonkiem. To było realne do ogarnięcia i z takim nastawieniem jechałem do Korei na kolejną weterańską imprezę i po raz kolejny czułem się tam dość dziwnie. Chciałoby się powiedzieć, dość głupio. Nie pasowałem do reszty… M35, 37 wiosen na karku… taki ze mnie weteran, jak z koziej dupy trąbka, no ale cóż… młodszy nie będę. Starszy… owszem. 

Czytaj dalej

maraton to nie rurki z kremem…

Nie chodzi także o sam dystans, ale o przygotowania poprzedzające start w maratonie. To one są najbardziej obciążające i grożą kontuzją. Chcę by moje ciało, układ kostny i mięśniowy były stopniowo przyzwyczajane na zwiększony kilometraż, a głowa na starcie nie bała się dystansu. – Dominika Nowakowska dla bieganie.pl

 

Kiedyś znalazłem taki cytat na portalu, którego nazwę przytoczyłem powyżej. To cytat wyciągnięty z rozmowy z Dominiką Nowakowską, która w tym roku zmierzy się w Warszawie z królewskim dystansem i na własnej skórze poczuje co to maraton. Nie piszę tego, żeby pokazać że nie wie o czym mówiła, wręcz przeciwnie. Ten cytat to sedno i kwintesencja maratonu i całej jego otoczki. Pomysłu na start, planu, treningów i wisienki w postaci przekroczenia linii mety maratonu.

Właśnie o tym, co powiedziała Dominika często mówię swoim podopiecznym, ale głównie osobom, które zamierzają podjąć maratońską rękawicę. Maraton to nie rurki z kremem… Maraton to paskudna, siermiężna, ciężka i toporna praca. To nie tylko wybiegane kilometry, ale godziny ćwiczeń sprawnościowych, siłowych, koordynacyjnych. To praca nad wszystkim, łącznie a przede wszystkim nad psychiką. Jak nauczymy się odpuszczać na treningu, oczywiście są od tego wyjątki bo zdarzają się sytuacje kiedy należy odpuścić, to maraton nas poskłada, jak klocki domino. Jak nauczymy się odpuszczać na zawodach kontrolnych (z wyjątkiem opisanym powyżej) to kiedy przyjdzie kryzys na którymś tam kilometrze… włączy się ciche przyzwolenie na odpuszczanie…

Maraton boli. Jeżeli planujemy pobiec go mocno, na maksimum naszych możliwości i walczymy o czas, musimy przygotować się na ból i cierpienie, gdyż na koniec wszystko człowieka boli i wszystko człowieka irytuje. Wtedy najłatwiej jest odpuścić i dotruchtać do mety, albo zjechać do przysłowiowej bazy.

Często spotykam się z opiniami, że bolały nogi to zwolniłem. Nogi zawsze bolą na maratonie. Taki urok dystansu. Nie pamiętam maratonu, gdzie nie czułbym takiego bólu czy zmęczenia mięśniowego. Oczywiście, na początku przygody z maratonem ten ból był większy, teraz boli mniej, ale boli. Były maratony, gdzie miałem „dziury” w głowie i nie pamiętam jakiś odcinków. Nie pamiętam odcinka od 40 do 42 km z maratonu we Frankfurcie, gdzie nabiegałem 2:29. Jest pustka i dziura. Szedłem w maxa, bez kompromisów. Gremlin pokazał lap 40-41km 3’14… Po innym maratonie położyłem się w hotelu do łóżka w butach, nie zdejmując z siebie ubrania ani folii nrc czy czapki z daszkiem… taki byłem ujechany. Po innym maratonie rzygałem jak kot na środku skrzyżowania i chorowałem prawie dwa dni, żeby dość do siebie… Po jeszcze innym prawie przez tydzień bolała mnie wątroba i śledziona… To były maratony biegane do przysłowiowego odcięcia, kiedy walczyłem o jak najlepszy wynik i nie kalkulowałem. Był cel, zadanie do wykonania i trzeba było je wykonać…

Maraton to nie rurki z kremem… chyba, że ktoś chce go sobie przetruchtać, wysłać sms z trasy do żony, kolegi czy w biegu wrzucić post na fejsa… i napisać, jak to jest ciężko i trudno na tym maratonie, to sobie może na takie atrakcje pozwolić. Jeżeli jest bieg na żylecie, to ciężko skoncentrować się na czymkolwiek innym niż na biegu i wykonaniu zadania. Niestety w tym przypadku, trzeba utożsamić się z przysłowiowym Łyskiem z pokładu Idy i mozolnie ciągnąć przed siebie wagoniki z węglem… i nie myśleć. Tylko biec.

Bieganie boli. Lepiej zaakceptuj to na początku, bo w przeciwnym razie nigdzie nie dotrzesz. – Bob Kennedy

Copyright Piotr Suchenia © 2012. All Rights Reserved.