Bieg Urodzinowy Gdyni
…a miało być tak pięknie,
miało w oczy nie wiać nam,
i ociekać szczęściem,
miało być „sto lat! sto lat!”…
Właśnie ten kawałek Happysad’u nasunął mi się na myśl, w sobotę 25 lutego kilkanaście minut po 6 rano, szczególnie jak w okolicy 5 odebrałem sms’a od Filipa z bardzo niepokojąca treścią: „bądź wcześniej, będziemy musieli improwizować„…
Zacznijmy jednak od początku, cofnijmy się do piątku – 24 lutego, kiedy to odpaliliśmy biuro zawodów, rozpoczynając deser a jednocześnie zakańczając wielomiesięczną pracę, która została włożona w organizację tej imprezy. Biuro ruszyło, wszystko zaczęło się kręcić i hulać, do czasu… kiedy chłopaki wrócili ze Skweru. Okazało się, że tam bardziej wieje, niż tu na miejscu i praktycznie wszystko, co nie było umocowane fruwało. Tu po raz pierwszy pojawiły się wielkie znaki zapytania. Pojawił się znak ? z hasłem namiot i szatnie. Nasze namioty wypadły z gry i pojawiło się pierwsze poważne pytanie, co robimy? Ludzie muszą gdzieś się w taką piździawę przebrać… hasło: autokary. Kilka telefonów do znajomych firm przewozowych i udało się wypożyczyć 2 pojazdy. Jedno zmartwienie z głowy… może nie do końca, bo spodziewaliśmy się ponad 2 000 osób: ponad 1800 w biegu głównym + 200 w nordic walking + 500 w szkołach… sporo. Hala namiotowa, którą zamówiliśmy miała mieć 900m2 + 100m2 na depozyt, więc chociaż to było (teoretycznie). Kolejny telefon do firmy rozstawiającej halę i kolejne pytanie: dacie radę? Mocno dmucha… macie czym dociążyć? Niby tak, ale zdecydowaliśmy się na dodatkową podłogę – 900m2, która swoim ciężarem utrzymałaby halę na wietrze, co oczywiście wiązało się z kolejnymi kosztami. Jestem ciekaw, czy ktoś wie ile kosztuje wypożyczenie 1m2 takiej podłogi… bo o autokarach nie wspomnę. Po 20 zamknęliśmy biuro i w okolicy 21:30 podjechałem na Skwer zobaczyć, jak wygląda budowa namiotu. Barierki stały, skwer był zagrodzony a elementy namiotu były rozkładane na parkingu, gdzie wiało jak cholera, chociaż to najdelikatniejsze słowo, jakiego mogę użyć… wiało z południowego zachodu. Wróciłem do domu i w nocy o 3:35 dostałem sms’a „zajebiście – namiot jeśli w ogóle stanie to będzie miał max 500m2, plandeki wciągają samochodami, bo człowiek nie jest w stanie utrzymać przy takim wietrze„. Nasunął mi się na myśl momentalnie jeden cytat: „Jesteśmy w czarnej dupie!” Rano po dojechaniu na miejsce zastałem chłopaków z obsługi technicznej, którzy od 5 walczyli z barierkami i namiot…
a w nim 2 telebimy i scenę z oświetleniem i nagłośnieniem… ekipa od namiotu niestety się poddała, przegrywając z Neptunem i niesfornym tym razem południowym wiatrem… nie wyglądało to za różowo i za ciekawie. Było naprawdę źle, albo i jeszcze gorzej. Godzina 6 z haczykiem, od 8 ruszają zapisy nordic walking, od 9 biuro biegu a tu lipa, nie ma gdzie przenieść biura. Kolejny telefon i kolejne 2 autokary jadą na miejsce, ale co z depozytem, biurem? depozyt robimy pod chmurką – oby nie padało! Szybkie ustawienie prywatnych samochodów w wielki prostokąt, do środka bandy do unihokeja – depozyt jest, ale czy przyjmie tyle worków ile potrzeba? Przez sekundę zastanawialiśmy się, czy nie odwołać imprezy, ale całe szczęście odeszliśmy od tej decyzji… Biuro przenosimy pod wiatę, pod którą sprzedawane są pamiątki marynistyczne w sezonie. Dobrze, że wiało z południa, bo w improwizowanym biurze było praktycznie bezwietrznie. Kolejne pytania lecą, jak woda… co z dziećmi? Co z dekoracją? Co z nordic walking? Co z brendingiem? Co ze sponsorami i ich wizualizacją? Pomysły i decyzje co chwilę inne, ale po krótkim ochłonięciu działamy. Biuro nordica – do samochodu Krzyśka, da radę, ba – musi dać radę. Dzieci… nie zapisujemy, nie dajemy numerów tylko na mecie łapiemy pierwsze trójki i spisujemy ich dane. Nie ma miejsca, żeby przyjąć tyle dzieci, więc pomysł trafiony w „10″! Czas płynie, biegaczy przybywa, biuro pracuje na 110% albo i więcej, każdy wie co robić i uwija się, jak w ukropie. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że biegu „nie widać”. Nie ma bramy, nie ma banerów, stoją 3 flagi Maratonów Polskich i jedna Parkrunu. Dobrze, że mamy Romka, który swoja gadką nakręca imprezę i podnosi jej na tą chwilę beznadzieją rangę o kilka stopni w górę. Biegi towarzyszące hulają, nordikowcy domaszerowali, dzieciaki dobiegły. Czas na starych… odliczanie, 3, 2, 1… strzał z działa ORP Błyskawicy i gotowość bojowa na całej trasie. Bieg się toczy i kończy go 1485 osób!!! Dekoracja… tłok, ścisk w improwizowanym miejscu, ale nikt nie narzeka, ludzie chyba zdali sobie sprawę z sytuacji i zamiast narzekać i marudzić okazali zrozumienie i docenili nasze starania, to cieszy, ale to jeszcze nie koniec… czas i fora internetowe pokażą, co biegacze myślą na prawdę, kiedy ochłoną po całym „bałaganie”… o dziwo wszystko in plus… Udało się. Udało się dlatego, że każdy podszedł do sprawy poważnie, z sercem i zaangażowaniem, a nie na odpierdziel, na zaliczenie. Każdy doskonale wiedział, co ma robić i to właśnie za to należą się wszystkim pracującym przy tej imprezie słowa uznania i szacunku. Wielkie brawa i podziękowania należą się również biegaczom, którzy po raz kolejny pokazali, że nie straszna im pogoda oraz, że warto nam zaufać i startować w gdyńskich imprezach.
Do zobaczenia 12 maja na Biegu Europejskim!
A bosman tylko zapiął płaszcz
I zaklął: – Ech, do czorta!
Nie daję łajbie żadnych szans!
Dziesięć w skali Beauforta! – Hej
Running Extreme Cross
W imieniu mojej Iwonki zapraszam wszystkich 21 kwietnia do Gniewina na I Running Cross Extreme, czyli ekstremalny bieg crossowy po naprawdę solidnych górkach, miejscami po kostki w błocie i mało przyjaznych ścieżkach, które nadadzą smaczek tym zawodom.
Zawody odbędą się w Gniewinie a centrum zlokalizowane będzie przy wieży widokowej „Kaszubskie Oko”. Wypad na zawody doskonale można połączyć z rodzinną wycieczką nad Bałtyk, którego brzegi znajdują się niedaleko Gniewina. W sąsiedztwie znajduje się również jezioro Żarnowieckie i obiekty GOTiS Gniewino, które na swoją bazę pobytową na Euro 2012 wybrała reprezentacja Hiszpanii.
Serdecznie zapraszam!!!
Chyba najcięższy tydzień za mną…
Chyba a może prawie, chociaż wiadomo, że prawie robi wielką różnicę i całe szczęście, że ubiegły tydzień w końcu się skończył. Działo się wiele rzeczy. Wiele rzeczy sportowych, biegowych, prywatnych oraz służbowych, które to pochłonęły mnie po całości. Oczywiście trening rzecz święta, więc pomimo tych niepowodzeń zrealizowałem 5 z 6 jednostek treningowych, jednej niestety nie dałem rady zrobić i wcale dobrze mi z tym nie jest.
Tydzień rozpocząłem mocnym akcentem, siła biegowa i trening na hali LA z amatorami w ramach akcji BiegamBoLubię w Gdyni. Działo się i to ostro. Bawiliśmy się, jak dzieci rywalizując w wyścigach rzędów, czy meczu koszykówki. Dawno się tak nie ubawiłem, jednocześnie realizując przy tym założenia treningowe.
Wtorek nie był niestety już taki różowy… moje białe Subaru niestety po raz kolejny się nie popisało i nie chciało rano współpracować, jednak wyszło to na dobre. Po wielkim fochu akumulatora musiałem dotrzeć do pracy SKMką, wrócić po 8 godzinach, naładować bestię i przed 19 wyruszyć prawie 40km do Sopotu na alejkę, gdyż tylko tam można było coś mocniejszego pobiegać. W Wejherowie wiało masakrycznie i nie było gdzie zrealizować tego akcentu. Sam trening wyszedł bardzo pozytywnie. Całe 12km pobiegłem po 3’51 i czułem się doskonale. W środę pokulałem się trochę po mieście, walcząc z mocnym wiatrem, który skutecznie uniemożliwiał jakiekolwiek bieganie, ale dałem radę i co najlepsze powoli parametry wybieganiowe wróciły do normy. Kolejny trening, tym razem czwartkowy zrealizowałem na czarnej drodze a były to tysiączki. Tylko 6, ale tyle miało ich być. Nie mniej, nie więcej, tylko 6 i całe szczęście nie musiałem wcale biegać szybko, bo po 3’30-35. Wyszło po 3’29, co w przełożeniu na czarną drogę daje naprawdę dobry rezultat. W piątek stała się tragedia… nie wyszedłem na trening! Nie zdążyłem po prostu, gdyż miałem urwanie głowy z organizacją Biegu Urodzinowego Gdyni, ale o tym będzie osobny rozdział… Sobota wiadomo… od rana do późna praca przy organizacji ekstremalnych zawodów w bieganiu pod wiatr a niedziela… 21km BNP na czarnej, gdzie ostro się wymęczyłem. Szczególnie dały mi w kość ostatnie 4km, które lepiej bym przeżył, gdyby był to bieg ciągły. 20 stkę zaczynałem po 5 (teoretycznie) a kończyłem po 3’45. Wyszło elegancko, chociaż pierwsze kilka km za żadne skarby nie mogłem wstrzelić się w prędkość. Ciężko biega mi się tego typu treningi, ale wiem jak wiele one dają, szczególnie w takich warunkach pogodowych i na tej trasie, gdzie oprócz podbiegów walczy się ze śniegiem i wiatrem. Nie ma co się rozpieszczać, tylko trzeba robić swoje! Nie ma lipy!
Podsumowując miniony tydzień, biegowo jestem nawet zadowolony, chociaż wypadła mi jedna siła biegowa i nie miałem czasu wejść do wody, ale co tam.
Grupa Malbork: Pogadajmy o Bieganiu
W imieniu Grupy Malbork oraz swoim, serdecznie zapraszam w sobotę 17 marca na I Konferencje Biegową, która odbędzie się w Malborku.
Zgodnie z zapowiedzią ruszamy z pierwszą z inicjatyw Grupy Malbork, zmierzającą do upowszechniania, promowania ruchu i zdrowego trybu życia.
Analizując wszechogarniający kraj biegowy boom postanowiliśmy pójść z falą i zaproponować amatorom tej dyscypliny możliwość porozmawiania, oraz dyskusji na temat swojej pasji w szerszym gronie. Często zdarza się, iż osoby rozpoczynające zabawę w bieganie, lub osoby już aktywne szukają informacji na temat treningu. Rynek obfituje w czasopisma o tej tematyce, wydano także kilka ciekawych pozycji książkowych.
Zdecydowaliśmy się na zaoferowanie biegaczom, którzy chcą doskonalić swoje umiejętności, poprawić kondycję lub wyniki albo zmierzyć się z nowym dystansem, możliwości poznania tajników tej dyscypliny na żywo. Wszak wiadomo, iż trening starannie zaplanowany jest zawsze skuteczniejszy, zmniejsza ryzyko kontuzji i dodaje motywacji…
17 marca 2012 roku zapraszamy wszystkich amatorów i pasjonatów biegania na Konferencję Biegową Grupy Malbork. Głównym prowadzącym konferencję będzie Piotr Suchenia, trener L.A, maratończyk i organizator biegów w Gdyni.
Spotkanie zostało wstępnie podzielone na dwa etapy tematyczne, które praktycznie są ze sobą nierozłączne, czyli:
1. Struktura i dynamika obciążeń treningowych w rocznym cyklu długodystansowca – czyli sposób ułożenia i wykorzystania poszczególnych środków, form i metod treningowych na przestrzeni rocznego cyklu treningowego biegacza długodystansowego, maratończyka.
2. Monitoring treningu na podstawie tętna i zakwaszenia – czyli jak w najprostszy sposób, za pomocą pulsometru, analizatora kwasu mlekowego monitorować swój trening tak, by był jak najbardziej efektywny, unikając przetrenowania i ryzyka występowania kontuzji.
Spotkanie rozpocznie się 17 marca 2012r. o godzinie 17:00 w Centrum Konferencyjno Sportowym Przy Orliku, na terenie Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych Nr 3 w Malborku. Zakończenie konferencji przewidujemy na godzinę 20:00
Zapewniamy ciepłe napoje i poczęstunek dla wszystkich. Z racji organizacji prosimy o potwierdzenie udziału na adres email – biuro@grupamalbork.pl
Więcej informacji na www.grupamalbork.pl
Zapraszamy Serdecznie.
Ze sportowym pozdrowieniem – Grupa Malbork
GPX Sztumu – odsłona trzecia
W ostatnią sobotę startowałem w trzecim, finałowym biegu z cyklu Grand Prix Sztumu w Biegach Przełajowych. Pobiegłem szybciej niż miesiąc i dwa miesiące temu, ale wielkiego luzu i komfortu nie było i nie mogę powiedzieć, że jestem w 100% zadowolony z tego startu, ale w gruncie rzeczy był to typowy start z treningu i nie ma co gdybać.
Nie czułem luzu, tylko zmęczone nogi, myślę że siedziało jeszcze czwartkowe, 3km pływanie i ciągłe zamulanie po śniegowej paćce, ale jedyne co dobre, to fakt że udało zmusić mi się do bardzo mocnego i długiego finiszu, z około 600m.
Patrząc na wykres prędkości z Garmina to prędkość na ostatnich 700m zaczynała się z 3’29 a kończyła na 2’54/km, czyli mocno. Cały 4,7km odcinek pokonałem po 3’27/km, czyli mniej więcej po tyle po ile będę musiał pobiec za miesiąc 15km w Kołobrzegu, czyli bardzo asekuracyjnie. Generalnie w całym cyklu zająłem słabe 9te miejsce, ale na pocieszenie wygrałem kategorię wiekową i kolejny… ekspres do kawy.
Tak minęła sobota. Na niedzielę zaplanowane miałem spokojne 20km rozbieganie, patrząc jednak na pogodę czaiłem się chyba z godzinę, aż przestanie padać i postanowiłem pojechać na czarną drogę, zobaczyć co się tam dzieje… a działo się i to nie mało… ciapa, paćka, syf, błoto pośniegowe… masakra. Postawiłem samochód na parkingu i dobiegłem 2km do „Road 218″ i puściłem się w stronę Krokowej. Biegło się fantastycznie, czarny asfalt, trochę wody, brak wiatru i górki.
Noga kręciła się, aż miło i tylko pilnowałem tętna. Ruch na drodze był sporadyczny i całe szczęście nie musiałem ewakuować się ani razu w zaspy, czy na pobocze w głęboki śnieg. Po 10km zawróciłem i włączyłem „lap’a” pierwszy raz zerkając na czas pokonanego odcinka i oczywiście lekko się zdziwiłem… 46:42 a średnie tętno 148, czyli bardzo przyzwoicie. Kolejną dychę, pokonałem w 45:44 i całe 20km wyszło bardzo przyzwoicie. Oczywiście po asfalcie zrobiłem tylko 16km, pozostałe 2+2 były biegane po śniegu i jak teraz patrzę na międzyczasy to widać kolosalną różnicę w prędkości. 4’45, 47 – po śniegu – przejście na szosę i już 4’29… Z powrotem podobnie, 4’25 i nagle 4’58… Jest różnica i aż boję się myśleć, co będzie na mocniejszych treningach… strach się bać.
Kolejną ciekawostką, którą po raz drugi potwierdziłem jest… zabrzmi to może śmiesznie i rubasznie, ale fachowo nazywa się „przyrostem masy mięśniowej”. Wczoraj wieczorem ważyłem 72,5kg, fakt że byłem po wizycie u teściów, ale dziś po treningu waga wskazywała 71,5kg… W październiku, jak biegałem maraton było 67,5kg… skąd taki przyrost masy? Biegam przecież ~110 – 120km/tyg + dwa razy w tygodniu trenuję pływanie… tu jest właśnie cały pies pogrzebany. Jako, że mam słabe nogi w wodzie, co może dziwić, całość praktycznie ciągnę na ramionach, co zauważyłem. Urosły mi cycki, biceps, triceps, barki i wyglądam jak miniaturowa wersja Hardcorovego Koksu. Pływanie sprawiło, że dostałem kilka kg masy mięśniowej, bo tzw. „śmietnika” nie mogę się za żadne skarby u mnie dopatrzeć a swoje kalorie ostro spalam, więc nie ma mowy o odkładaniu sadełka. Ciekawa sprawa…zobaczymy, jak przełoży to się na mocne bieganie i starty w zawodach. Ważąc 67-68kg czułem się rewelacyjnie, lekko i świeżo, więc dodatkowe 4-5kg może stanowić zbędny balast. Pożyjemy – zobaczymy.
…byle do wiosny!
Prawie, jak triathlon…
Czwartkowy dzień śmiało, chociaż z przymrużeniem oka można nazwać „dniem triathlonu”. Biegałem – rowerowałem – pływałem, może kolejność nie ta, ale trzy dyscypliny w jeden dzień zaliczone. Tu jednak chciałem bardziej skupić się nad treningiem pływackim, który pod nieobecność Piotra, zafundowała nam Monika. Żeby nie było… oczywiście przed całą częścią sportową byłem w pracy, gdzie przed Biegiem Urodzinowym Gdyni, roboty jest po uszy a nawet więcej.
Po pracy, wróciłem do Wejherowa i udałem się na czarną, gdzie realizowałem naprawdę mocny trening – zabawę biegową 6km rozbiegania + 12 x 1′ / 1′ mocnego śnieżnego biegania + 3km roztruchtania. Po bieganiu w samochód i do domu, na krótką przejażdżkę rowerową, chciałem przetestować kilka ustawień w trenażerze i pokręciłem tylko 15 minut, gdyż czas gonił a na 18:30 musiałem być w wodzie.
Trening pływacki zaczął się oczywiście rozgrzewką, po czym przeszliśmy a raczej przepłynęliśmy do części głównej.
Na początek były odcinki 50 metrowe. Do pokonania 12, ale żeby nie było tak łatwo to pierwszy polegał na spokojnym kraulu, drugi na dynamicznym nawrocie a trzeci na grzbiecie. Luz. Kolejna porcja zadań to 12 x 100m i tu zaczęły się małe schodki. Pierwsza setka – ramiona, czyi pływak między nogi i jazda z tematem. Druga setka – nogi, jak dla mnie to tylko w płetwach, bez nich może pociągnąłbym 50m max. Kolejna setka była chyba najtrudniejsza. Tu do wykonania były ćwiczenia oddechowe, które polecam każdemu do przetestowania na własnej skórze. Stu metrowy odcinek, został podzielony na 4 części, wszystko było oczywiście pływane ciągiem, bez zatrzymywania się. Pierwsze 25 – oddech co 3-ci ruch, drugie 25 – oddech co 5-ty ruch, trzecie 25m – oddech znów co 3 -ci ruch i ostatnie 25m, oddech co 5-ty ruch. Można się zmęczyć i to nieźle. Po serii setek, nadszedł czas na 12 x 25m zmiennym. Kraul – delfin – kraul – grzbiet – kraul – klasyk, i tak 2 razy. Ostatnio delfinem pływałem na studiach i nie wychodziło mi to zbyt dobrze… ale było fajnie. Po serii ćw. głównych rozpływanie i suma sumarum, kolejne 3km w wodzie zaliczone.
To był dobry dzień!
Bieg Urodzinowy Gdyni
Coraz mniej dni zostało do otwarcia nowego sezonu biegowego w Gdyni. Tradycyjnie odpalamy cykl GPX Biegiem Urodzinowym Gdyni, który odbędzie się 25 lutego na nowej trasie, która na stałe zapisze się w historii gdyńskich biegów ulicznych.
Bieg Urodzinowy Gdyni, to impreza którą darzę szczególnym sentymentem. To mały kawałek mojej biegowej historii, historii sportowej jako zawodnika i historii organizatora tego biegowego zamieszania, nad którym mam przyjemność pracować. 2005 rok… dokładniej 12 lutego i Bieg o Puchar Przewodniczącego Rady Miasta Gdyni, zimno, śnieżnie, wietrznie, na trasie lód i błoto… ruszamy powoli i po kilkuset metrach zostajemy we dwójkę z Maćkiem i między sobą rozgrywamy losy tego wyścigu, ostatecznie urywam się na ostatniej pętli i z 28 sekundową przewagą wygrywam bieg główny.

…bieg ten był specyficzny jeszcze z jednego punktu. Startowałem z kontuzją, której żaden z lekarzy nie potrafił zdiagnozować. Pamiętam, że bolało mnie kolano jak cholera, okazało się, że wszystko tkwiło w przykurczach pewnych partii mięśniowych i porządną gimnastyką szybko pozbyłem się tej przykrej dolegliwości.
Od czerwca 2005 przestałem startować w gdyńskich biegach i zawodowo zająłem się ich organizacją, co mnie bardzo cieszy, szczególnie gdy widzi się taki wzrost frekwencji, jak w tym roku! 1824 osoby zgłoszone do biegu głównego z potwierdzoną płatnością – lista startowa, wszystko wyjaśnia a jeszcze rok temu… było bardzo, bardzo krucho. Wiele osób pamięta tamtą lutową sobotę, dokładnie 5 lutego, kiedy to… a z resztą szkoda sięgać pamięcią do tego wydarzenia, które jednak z dzisiejszej perspektywy uważam za konieczne i potrzebne. Najlepiej obrazuje to artykuł Mikołaja, zamieszczony na NaszymMieście.pl do którego lektury wszystkich zapraszam. Artykuł nosi groźny tytuł „Niepewne losy gdyńskich biegów!”
… cóż… historia, która mam nadzieję, nigdy się nie powtórzy…
Rumia Dystans 2012

W sobotę startowałem pierwszy raz w życiu w zawodach pływackich – Rumia Dystans 2012. Organizatorem eventu był MOSiR Rumia. Zawody odbywały się na dwóch dystansach i w dwóch różnych konkurencjach. Do wyboru był dystans 400m stylem dowolnym, 400m stylem zmiennym oraz 800m stylem dowolnym. Wybór padł na 400m stylem dowolnym, czyli w moim przypadkiem i zdecydowanej większości popularnym kraulem.
Jako, że miałem ostatnio małe zaległości w pływaniu, przez przeziębienie wypadły mi 2 tygodnie treningów oraz fakt, że rano biegałem mocny trening, lekko obawiałem się, jak wypadnę na zawodach, szczególnie że nie wiedziałem nawet, jak rozłożyć siły.
Startowałem w trzeciej serii, w 6-cio osobowej stawce. Po krótkiej rozgrzewce wiedziałem, że nogi są bardzo ciężkie, i cała moc skupiona będzie w ramionach. Generalnie mam bardzo słabe nogi, co może dziwić, i przepłynięcie mi 25m na samych nogach sprawia mi bardzo dużo problemów.
start dziewcząt na 400m st. dowolnym
Na sygnał sędziego ustawiliśmy się przy swoich słupkach i na gwizdek… ruszyliśmy do wody, przed siebie, ile sił w rękach i nogach…





…więc ruszyłem i w głowie miałem tylko jedną myśl – nie pomylić się w ilości przepłyniętych basenów, a do pokonania było ich tylko 16. Czułem się całkiem dobrze, chociaż po zakończeniu okazało się, że jednak za mocno ruszyłem, bo pierwszą setkę zrobiłem w 1:32:68 .





…tak więc sobie płynąłem i płynąłem… drugą setkę pokonałem niestety nieco wolniej, bo w 1:49:18 i tu lekko mnie postawiło. Lekko zabrakło wytrzymałości, zmęczenie nałożyło się na siebie i na dodatek zacząłem koncentrować się na ilości pokonanych odcinków a nie na rytmicznym i długim kroku.


Trzecia setka była najwolniejsza, niestety… 1:52:22, czyli ładnie musiało mnie postawić, zupełnie jak w okolicy 30km w maratonie, jednakże po 300m lekko się sprężyłem i ostatnią, czwartą setkę pokonałem w 1:48:13. Tu skoncentrowałem się – w końcu – na technice, rytmie i pocisnąłem ile fabryka mocy. Całość zaliczyłem w 7 minut 5 sekund i 21 setnych i zająłem w swojej kategorii wiekowej 30 – 34 lata drugie miejsce… na dwóch startujących.

Jakie wnioski? Na pewno mogłem pokonać to szybciej, dużym błędem była dekoncentracja i niewiedza na ile mnie stać. Wiem jednak, że jakbym na najbliższym treningu miał za zadanie popłynąć poniżej 7 minut to spokojnie bym to zrobił, więc źle nie jest.
Na zdjęciu z moją żoną Iwoną, Sylwusiem i Aleksandrem.
Kolejne zawody pływackie – Rumia Sprint 2012 na początku czerwca. Do pokonania będzie 50m i 100m!
Walka trwa!
Za mną kolejny tydzień, w którym zrealizowałem … 12 jednostek treningowych! Nie wiem jeszcze jak to zrobiłem, ale zrobiłem i żyję i mam się dobrze. Nie narzekam, nic mnie (odpukać) nie boli i funkcjonuję całkiem dobrze.
Tydzień zaczął się bardzo zimnym poniedziałkiem, który był niestety bardzo hardcorovy, gdyż w Iwony samochodzie zamarzło paliwo i w związku z tym całe biegowe poniedziałkowe zamieszanie było na mojej głowie. Od początku – do końca .
Poniedziałkowy trening tradycyjnie był dniem siły biegowej, tym razem luźnej bo do wykonania było tylko 10 serii po 150m podbiegu, ale jeżeli do tego dodać temperaturę w okolicy – 10 – 11 stopni + wiaterek z północy, to aż tak sympatycznie nie było. Wg portali, odczuwalna temperatura w ten dzień wynosiła – 19 stopni… Jak jest zima, to jest zimno i nic na to się nie poradzi! Nie ma lipy! Po swoim treningu miałem do zrealizowania jeszcze trening z amatorami w ramach akcji BiegamBoLubię w Gdyni, więc musiałem się szybko przedostać pod Contrast i przeprowadzić trening, gdzie lekko zmęczyłem swoich podopiecznych.
We wtorek biegałem zabawę biegową, 3 minutówki przeplatane minutówkami, ten trening realizowałem w parku w Wejherowie i wyszło całkiem całkiem, mimo małych problemu z jakimś osłem, który szukał awantury i miałem małe „zderzenie” z nim na wąskiej zaśnieżonej ścieżce… całe szczęście byłem w połowie odcinka i nie miałem czasu na zaczepki. Po zabawie szybko w samochód i na pływalnię… 2 tygodnie przez przeziębienie uciekły mi z wodnego życiorysu, co niestety lekko odczułem, ale co mnie nie zabije, to mnie wzmocni.
Środa… tu był luz i spokój (joke) śnieżne wybieganie i 90′ pływania.
Czwartek, tu było naprawdę ciężko, W planie był II zakres, dwunacha po 3’55 ale… na planach się skończyło. Pogoda i nawierzchnia szybko zweryfikowała zamierzenia i 12km pokonałem po 4’03/km gdyż szybciej po prostu nie szło. Umęczyłem się straszliwie, jakbym miał przelecieć 30km albo i więcej. Jedyne, co mnie pocieszyło to fakt, że średnie tętno wyszło 174 a zakwaszenie 2,3mmol/l, czyli optymalnie. Po treningu byłem tak zaorany, że odpuściłem pływalnię.
Piątek miałem wolny w pracy, ale za to czekał mnie trening siły biegowej, spotkanie biznesowe w Tczewie i trening na pływalni i jakimś cudem udało mi się wszystko zrealizować, chociaż na „91″ czyli starej „jedynce” lekko nie było.
Nadeszła sobota… i co? Znów jazda na wariackich papierach. O 10 spotkanie, szybki trening na czarnej drodze, która o tej porze jest biała, a trening nie bydle jaki (czyt. byle jaki) bo 10 x 3′, w sumie prawie 18km a na deser przed 15 musiałem zameldować się na pływalni MOSiR Rumia, gdzie… startowałem w zawodach pływackich – tak, w zawodach pływackich na 400m stylem dowolny,, ale o tym będzie później, jutro albo po jutrze. Wieczorkiem wpadli do nas jeszcze znajomi i położyłem się spać przed północą, byłem nieźle zmęczony, ale zadowolony z dobrze zrealizowanego planu dnia.
W niedzielę wybrałem się do lasu na 22km wybieganie, wyszło ciut więcej, ale

cel tego treningu był nieco inny. Chciałem się lekko zmasakrować, czyli pobiec w lesie sporo pod górę i w śniegu… wszystko wyszło idealnie, a cały trening pokonałem ze średnią prędkością 5’21/km! Czyli jaki z tego morał? Zawodnik biegający na granicy 2:30 maraton często biega bardzo wolno a nie zapitala na każdym treningu ile fabryka mocy!
Cały tydzień zamknąłem z liczbą 126km, czyli całkiem pozytywnie, mogę więc z czystym sumieniem powiedzieć, że był to dobrze przepracowany tydzień! Z innych wieści cieszy mnie bardzo dobry start mojego podopiecznego – Pawła w Biegu Trzech Jezior w Trzemesznie na 15km, który z bardzo lekkiego i delikatnego treningu pobiegł bardzo dobry czas, zbliżony do swojego PB. Szczególnie cieszy fakt, że trening realizowany jest do maratonu a współpracujemy z Pawłem od niedawna i tu nasuwa się kolejny wniosek. Żeby biegać szybko należy nauczyć się biegać wolno. Dla ciekawości, Paweł pobiegł całą piętnastkę po ~3’49 a na treningach taką prędkość osiągaliśmy jedynie na przyspieszeniach…
…a My swoje!!!
Hu hu ha :)
…przyszła zima zła a z nią mróz i to nie byle jaki, bo najniższa temperatura, jaką zaobserwowałem własnymi oczętami to – 25 stopni Celsjusza (słownie: minus dwadzieścia pięć), ale to wyjątek. Standardowo jest minus 8-12 stopni, czyli generalnie bez tragedii, da się biegać, nawet nieco mocniejsze treningi, ale trzeba uważać, bo nie ma co szaleć ze zdrowiem.
Po przebieganym tygodniu, w którym walczyłem z przeziębieniem, kolejny prawie cały odpuściłem. Niestety, szczęście w nieszczęściu, że przy takiej pogodzie siedziałem w domu, rozwaliłem oponę w rowerze i dętkę, ech… Do piątku siedziałem więc w domu, tzn. chodziłem oczywiście do pracy, ale nie trenowałem i wcale dobrze z tym mi nie było.
Po tej przerwie, zgodnie z moją życiową dewizą „no risk – no fun” w sobotę poleciałem dychę ciągłego na czarno – białej drodze. Było zimno, jakieś – 12 stopni, a nawierzchnia… typowo zimowa, czyli ubity śnieg, pod którym był lód. Początkowo nie miałem koncepcji, jak biegać, gdyż nie było gdzie zaparkować samochodu w żadnym logicznym miejscu.
Postawiłem więc auto na parkingu na „2″ i po 4km rozgrzewki puściłem się… do „8″ i do „4″. Założenie było proste – 4’00/km… gdybym przebiegał cały tydzień, byłoby prostsze, niż proste, ale nie w tym wypadku. Szło się jako – tako.
Trzymałem ~3’58-4’00, ale czułem że oddechowo lekko nie jest, troszku rzeźbiłem w tym śniegu. Całość wyszło mi po 3’58/km ale HRavg… 186, oj wyciągnęło ze mnie trochę zdrowia to przeziębienie, zakwaszenie wyszło 3,4mmol/l czyli nie aż tak dużo, jak myślałem.
Po ciągłym dotruchtałem 2km i zawinąłem się wygrzać do domu.
Niedziela zaskoczyła mnie -20 stopniową temperaturą, 20km przy – 20 stopniach, damy radę! Ubrałem się trochę cieplej i ruszyłem na 22km pętelkę, przez las…
Fotki robiłem na niedzielnym 22km wybieganiu. Rewelacyjne miejsce, polecam każdemu tereny Puszczy Darżlubskiej. Można biegać i biegać… i biegać.





























