polarnight halfmarathon – tromso

IMG_5700

W sobotę wstaliśmy rano, znaczy się po 10 i pomaszerowaliśmy do sklepu i do biura zawodów po pakiety startowe, dodam że pakiet kosztował w pierwszym terminie 550 NOK, czyli dość sporo jak na europejskie półmaratońskie realia, ale taki mamy klimat. Niestety Norwegia jest piekielnie droga, w każdym razie jak na moją kieszeń. W biurze, jak w biurze. Szału nie było. Lista startowa, mały sklepik z cenami, które powalają na kolana… np. świetna kamizelka do biegania firmy Trimtex za 1000 NOK, czy techniczna koszulka za 300 NOK, kilka miejsc do odbioru pakietów startowych i sporo ludzi. Bez stresu, na luzie. Fajnie i sprawnie.

IMG_5701

IMG_5706

IMG_5709

Szybko załatwiliśmy temat i wróciliśmy do apartamentu na śniadanio-obiad. Było południe i zaczęło powoli się ściemniać. Słońca oczywiście nie było, bo o tej porze roku schowane jest gdzieś daleko w oddali albo jeszcze dalej. W każdym razie makaronik z tuńczykiem, kukurydzą i fasolą wchodził idealnie. Pychotka. Czas do startu, który zaplanowany był na 15:00 przeznaczyliśmy na odpoczynek i kombinacje alpejskie w czym pobiec. Było generalnie ciepło, może – 5, ale trochę wiało. Jako że nie przewidywałem osiągania prędkości ponad świetlnych to wolałem  się ubrać cieplej niż za lekko. Tak też zrobiłem i lekko przekombinowałem. Na grzbiet wrzuciłem 3 warstwy w tym ciepłego t-shirta, ciepłą bluzę z długim rękawem i na to jeszcze jedną, również ocieplaną. Na dół ocieplane geterki, kompresyjne skarpetki i Kinvary. Na łeb buffa + czapkę. Komplet uzupełniłem rękawiczkami. Teraz wiem, że na grzbiecie wiozłem o jedną warstwę za dużo, ale mądry Polak po szkodzie.

Wyszliśmy z bałaganu około 14:45 a na dworze panowały egipskie ciemności… Temperatura była całkiem ok, lekko wiało a nawierzchnia, jak nawierzchnia w Norwegii. Śnieg i żwirek. Potruchtaliśmy na  start, który znajdował się na głównej ulicy. Było kolorowo, wszędzie świeciły neony, kolorowe światełka i było czuć magię północy i północnego biegania. Żeby było weselej podczas biegu kręciłem reportaż kamerą TomTom, który obecnie dostępny jest w serwisie MaratonyPolskie.pl więc relacja z samego biegu jest dość obszerna.

IMG_5710

Wracając jednak do samego startu, to stanąłem w 3 albo 4 linii, żeby nie tarasować szybszych zawodników i z ekscytacją czekałem na start. Plan na sam bieg był prosty. Bawić się dobrze to primo, nakręcić fajny materiał – secundo i na szarym końcu liczył się czas. Postanowiłem trzymać 4’/km czyli w tym przypadku porządny drugi zakres i nie  ugotować się na maxa. Taki był plan. Ruszyliśmy… i po chwili rozwiązał mi się pierwszy but, prawy. Chciałem się zatrzymać, ale po chwili stwierdziłem że zobaczę ile km dam radę biec z rozwiązanym butem. Odpowiedź poznałem na mecie – 21km. Biegłem z jakąś grupką, potem z inną aż po kilku km skrystalizował się pociąg, którego zostałem maszynistą. Było śmiesznie bo rozprowadzałem grupę, gadałem do kamery, miałem rozwiązanego buta i było mi gorąco. Piątkę minęliśmy z czasem 20:05, czyli po 4’01/km. Było ok, ale żaden z chłopaków którzy siedzieli mi na plecach nie kwapił się, żeby dać zmianę. Podobnie było dalej, na kolejnej  piątce, gdzie na 10 km zameldowaliśmy się po 39 minutach i 56 sekundach. Ech… tempo turystyczne a tu człowiek zmachany i spocony jak prosiak. Chwilę po dziesiątym km był nawrót i trasa zaczęła prowadzić z powrotem do miasta a ja na plecach jak miałem sznurek chłopaków tak miałem. Bałem się zerwać, bo jeszcze z formą jestem daleko w polu i mogłoby się to źle skończyć. Na około 12 km rozwiązał mi się drugi but, więc biegłem w dwóch rozwiązanych butach a do mety miałem jakieś 9 km. W pewnym momencie z grupki wyrwał się jeden zawodnik i zdecydował się wyjść na czoło, pod wiatr. Niczym samotny wilk… po niecałych 200 m dał mi ręką znak, żebym go zmienił. Cóż, pewnie się zmęczył samotną walką z wiatrem na odcinku dwustu metrów. Kozak. Na 15 km zegarek pokazał 1:00:35, czyli tempo było w miarę. Kawałek dalej z grupki wyskoczył nowy zawodnik i zaczął odchodzić. Poszedłem za nim i we dwójkę kulaliśmy się do samego końca. Trochę on poprowadził, trochę chował się za plecami, trochę biegł obok. Zmęczyłem go mocnymi podbiegami i rwanym tempem, kiedy zwalniałem i przyspieszałem. Dwudziesty kilometr minęliśmy po 1 godzinie, 21 minutach i sekundzie. Postanowiłem przyspieszyć i obserwować rozwój zdarzeń. Udało się uciec a ostatni km pokonałem w 3’33… cóż kiedyś z taką prędkością biegałem maraton, ale może lepiej tego nie komentować.

Zegarek na mecie pokazał czas 1:24:44 i finalnie zająłem 13 miejsce, w sumie to 14 bo minęła mnie  jedna kobieta. W klasyfikacji wiekowej byłem 7. Średnie HR wyniosło 181, czyli zrobiłem porządny drugi zakres. Zwycięzca nabiegał 1:13:34, drugi 1:14:48 a trzeci 1:15:21. Tyle niestety bym nie pobiegł, nawet jakbym się sprężył, jak sprężarka, ale teoretycznie podium w kategorii wiekowej mogłoby być, gdyż trzeci miał 1:20:35 a tyle spokojnie  bym poleciał, ale nie poleciałem.

IMG_5723

W każdym razie dobiegłem, przeżyłem, Achilles dostał mocno w kość, ugotowałem się, ale uczestniczyłem w świetnej imprezie, którą bardzo mocno polecam. Iwona również dobiegła w jednym kawałku, w tempie konwersacyjnym z nóżki na nóżkę zwiedzając na biegowo Tromso. Było świetnie. Po biegu udaliśmy się na ceremonię dekoracji oraz na uroczystą kolację. Było co jeść… To był udany bieg.

Jedna odpowiedź na „polarnight halfmarathon – tromso”

Copyright Piotr Suchenia © 2012. All Rights Reserved.