majowo i pół czerwcowo

Każda porażka jest lekcją. Każdy ból ma nauczyć czegoś ważnego. Wiara w siebie prowadzi do spełnienia najśmielszych marzeń. 

Tym optymistycznym, nakręcającym i dającym do myślenia cytatem przebiegałem maj i jestem na dobrym etapie przebiegania czerwca, chociaż dopiero mamy połowę. Nie szkodzi. Nie spieszy mi się, jak już kiedyś mówiłem, czy pisałem. Celem jest jesienny maraton w germańskim Frankfurcie i po tym starcie pomyślę, co dalej robić… chociaż generalnie już wiem, ale… wiem, ale nie powiem. Ot tak. Czyli wiadomo… ale ja nic nie mówię. 

Wkręciłem się znów w trening. Sprawia mi przyjemność ładowanie kilometrów, bieganie siły, ciągłego i ganianie powyżej 100 km tygodniowo, chociaż niedługo będę musiał napisać 120 km tygodniowo czy 140… Do tego prędzej czy później dojdzie, bo taka jest kolej rzeczy a że ja jestem maniakiem kilometrowym, może nie takim jak Wojtek z inov-8 team’u, którego serdecznie pozdrawiam, ale jakiś tam maniakiem jestem… 

Maj… nie był jakimś szaleńczym miesiącem. Biegałem mało, bo zrobiłem w sumie 357 km podczas 22 jednostek treningowych, czyli tyle co kot napłakał, ale dopiero się rozgrzewałem i wchodziłem w jako taki trening po kwietniowych wojażach. W maju zaliczyłem trzy starty. Biegałem w Piwnej Mili w Sopocie oraz w Biegu 5 Mil i w Kaszubskiej Piętnastce. Świetne, klimatyczne imprezy. Oczywiście nie byłem jakoś mega przygotowany i bardziej cierpiałem niż się ścigałem, ale były to dobre wyznaczniki bieżącej formy, które pokazały mi dokładnie jak głęboko w czarnej… jestem. Oczywiście w czarnej… drodze, żeby  nie było niedomówień. 

Bieg 5 Mil jest wyjątkową, jak dla mnie imprezą. Wygrałem pierwszą edycję w 2013 roku z czasem 32:56. Rok później byłem drugi z czasem 31:20. W 2015 roku kontuzja wykluczyła mnie z udziału, a w ubiegłym roku z treningu do tri pobiegłem 31:50 zajmując 5 miejsce w open. W tym roku pobiegłem mocno, ale bez nastawiania się na nie wiadomo co. Na ściganie byłem za słaby, więc plan był pobiec mocno, ale nie ujechać się. Przeżyć. Dobiegłem na 16 pozycji z czasem 33:46. Słabo, ale przynajmniej wiedziałem gdzie jestem. Dobrze się bawiłem i było GIT !


Jako ciekawostkę podam parametry tego startu: 

  • prędkość: 3’43/km
  • średnie tętno: 187 /min
  • maksymalne tętno: 191 / min

Czyli zmęczyłem się… dla porównania powiem,  że w 2012 roku na takiej prędkości miałem HR w okolicy 170 / min, ale to było podczas życiowej formy. Jeszce do tego wrócę… chyba.  

Kaszubska Piętnastka – ciekawa, urozmaicona impreza, rozgrywana w Luzinie, czyli jakieś 30 minut jazdy samochodem ode mnie. Wiedziałem, że trasa będzie mocno pagórkowata, była mocniej niż mocno… wiedziałem, że będzie ciepło a nawierzchnia będzie urozmaicona. To był typowy cross z dużą ilością szutru, leśnych ścieżek i podbiegów. Trasa rewelacyjna. Coś się cały czas działo i nie było nudno, jak na typowej ulicy. Oczywiście o czołowe miejsca na podium nie było co walczyć. Za  wysokie progi, ale o kategorię już tak. Generalnie dawno nie startowałem w okolicy i nie byłem pewny kto biega w mojej kategorii wiekowej, ale szacowałem, że podium może być. Nie przeliczyłem się. Było trzecie miejsce w swojej kategorii wiekowej, co oczywiście cieszy. 

Piotry dwa, Suchy i Pobłoś, czyli Piotrek Pobłocki. Może dla wielu niezbyt znany biegacz, ale dla koneserów to wiecznie biegająca żywa legenda polskich biegów długich. Piotrek jest 65 rocznik a dalej gania dychę w 32 minuty z małym ogonkiem, połówkę w 1:12 a maraton blisko 2:30… Dlaczego o tym piszę. Jak zaczynałem swoją historię z bieganiem, a było to dość dawno… na naszym podwórku liczyły się nazwiska, jak Lisicki, Białk i Pobłocki. Teraz Piotr kopie tyłek wielu małolatom aż huczy będąc „panem po pięćdziesiątce”. Szacun. 

…parametry:

  • prędkość: 3’50/km
  • średnie tętno: 162 /min >>> !!! <<< Pomiar HR z nadgarstka – Garmin Fenix3 HR… bez komentarza…
  • maksymalne tętno: 180/ min >>> !!! <<< Pomiar HR z nadgarstka – Garmin Fenix3 HR… bez komentarza…

I to by było tyle w temacie pomiaru tętna z nadgarstka przez zegarek za ponad dwa koła… Widać dokładnie, jak niedokładny jest taki pomiar. Szkoda.

Kolejnym startem, może nie majowym, bo czerwcowym, w którym wziąłem udział był XXX Bieg Stolemów w Gniewinie. Pierwotnie miałem biegać w Gdańsku na dychę, ale wybrałem Gniewino. Przeważył jeden powód… poniżej zdjęcie…

3 maja 1992 roku, czyli dobre 25 lat temu startowałem tam po raz pierwszy i zająłem trzecie miejsce w kategorii wiekowej. Pamiętam jak dziś finisz i walkę na „kratach” z kolegą z klubu, Adrianem, który chciał się wepchać przede mnie po minięciu linii mety, ale całe szczęście sędzia to zobaczył… Wygrałem wtedy różową deskorolkę. 

W tym roku nie nastawiałem się na nic, a plan był prosty. Pilnować generalki, bo sześciu chłopa wchodziło w pulę. Planowałem iść mocno, aktywnie, ale mądrze. Czujnie, na kategorię. Na starcie z mocnych zawodników pojawił się jedynie Łukasz Kujawski, z którym co najwyżej mogłem pogadać na rozgrzewce, więc pojawiła się realna szansa na pudło w generalce… Pierwszy kilometr spacer i rozglądanie się po okolicy. Piękne wiejskie krajobrazy… Łukaszowi chyba się nudziło, albo zmarzł, bo lekko szarpnął i powoli rozerwaliśmy grupę. 3’26 kolejny i Łukasz poszedł przed siebie… kolejny 3’19 i zostałem sam. Kolejne km wiodły polnymi drogami i tempo trochę siadło, ale cały czas było kontrolnie i bezpiecznie. 3’47, 30, 39 na  dość dużym podbiegu i spokojne 3’37 ze 120% kontrolą nad trzecim. Wgrał oczywiście Kujaw z czasem 23:50, ja nabiegałem 25:02 a trzeci zawodnik przybiegł 52  sekundy po mnie. To był dobry bieg. 

  • prędkość: 3’34/km
  • średnie tętno: 189 /min
  • maksymalne tętno: 197 / min

Na zakończenie tradycyjnie zdanie w temacie startów w zawodach. Zawody to bieganie poza strefą komfortu. To mocne, niekomfortowe męczące przemieszczanie się do przodu w celu uzyskania a) najlepszego wyniku, b) najlepszego miejsca, c) a + b… Na zawodach nie ma czegoś takiego, jak bieg w strefie komfortu. W strefie komfortu biega się rozbiegania a nie zawody. Jeżeli zawody biega się w komforcie to nie są zawody ale rozbieganie w trakcie jakiegoś rozgrywanego biegu ulicznego czy trajlonu. Takie jest moje zdanie i opinia w tym temacie. Oczywiście można pobiec wolniej lub szybciej. Mocniej lub słabiej. Można iść w czubie, walczyć o zwycięstwo lub walczyć o miejsce w kategorii, ale na zawodach wychodzimy ze strefy komfortu… Tu oprócz kwestii typowo sportowej pojawia się kwestia psychiczna. Komfort oznacza coś przyjemnego, fajnego, nie męczącego a wyjście z niego jest tożsame ze zmęczeniem, często krańcowym, które nie jest (chyba) niczym przyjemnym… ale nie po to się trenuje i pruje na treningach, żeby na zawodach bawić się w strefie komfortu. Jeżeli się przyzwyczaimy do takiego stanu rzeczy, będzie nam  coraz trudniej i coraz ciężej opuścić tą strefę i zacznie się notoryczne odpuszczanie… 

Zadanie domowe… po zwodach najlepiej stanąć przed lustrem, spojrzeć się prosto w oczy i zadać sobie jakże ważne pytanie, co w życiu chcę robić…. nie to nie ta bajka, pytanie powinno brzmieć : ile % dałeś lub dałaś z siebie na dzisiejszych zawodach? Sami sobie nie skłamiemy… a lustereczko prawdę powie… 

 

Copyright Piotr Suchenia © 2012. All Rights Reserved.