Są takie treningi podczas których jedyną „chęcią” jest chęć spektakularnego puszczenia pawia i to po trzykroć… a świadomość, że to dopiero początek tygodnia i mocnego biegania przyprawia o „chęć” popełnienia spektakularnego harakiri… Są takie treningi, kiedy oddycha się rękawami a strefa komfortu kończy się na rozgrzewce. Są takie treningi kiedy walczy się o każdy centymetr a w głowie biją się myśli żeby zwolnić czy odpuścić i dać sobie na luz…
Po takich właśnie treningach i ich 110% realizacji mimo krańcowego zmęczenia jest tak zajebiste poczucie satysfakcji, że motywacja i wiara w sukces wzrasta o + 100 punktów.
Zarąbałem się jak nie pamiętam kiedy…
3 x 5 km: 17’50, 17’57, 17’47.

Tak skomentowałem wczorajszy trening, który dość solidnie mnie sponiewierał a gremlin krzyczał 53 godziny odpoczynku… Jak żyć się pytam ? Jak trenować skoro dziś do przerobienia jest 12 km ciągłego, co prawda tylko po 3’55 – 4’00, ale jutro jest dość wymagająca siła a w sobotę dwadzieścia razy czterysta… Niedzielna  dwudziestka przy tym będzie subtelnym smyraniem piórkiem po pewnej części ciała… 

OK. Tak. Zacząłem TRENOWAĆ a nie bujać się i bawić w bieganie. Jest OZD i prucie flaków. Bieganie grubo po za wszelakiej maści strefami komfortu. Jest jazda bez trzymanki i jest GIT. Tak ma być. Chce się mieć wyniki, to trzeba spiąć zęby, zacisnąć pośladki i robić swoje, bo czy tak czy siak to zawsze na deser meta zweryfikuje wszystko. 

Wracając do środowego treningu, w którym w części głównej do zrealizowania były trzy piątki… po 3’40 – 35/km… jak dla mnie dość żwawo, mega żwawo a nawet mega żwawo. Nie mam 20 lat i nie jestem w takim cugu, w jakim byłem pięć lat temu i chwilę to potrwa zanim wskoczę na tamten level… ale wskoczę. Taki trening jak „sławne” trzy piątki, które tak mnie sponiewierały, że po powrocie do domu byłem dość mało kontaktowy a Iwona dawno mnie w takim stanie ujechania nie widziała bardzo mocno mnie podbudował, ale nie o tym mowa. Sama świadomość realizacji tej jednostki, która będzie powodowała ból i ostro mnie upodli była najgorsza. To tak, jak wizyta u dr G. kiedy mamy świadomość, że prędzej czy później jakaś igła spowoduje ból niczym kopnięcie prądem z linii wysokiego napięcia… Szczególnie jest to deprymujące, że taki duży trening 3 x 5 km miał być biegany na prędkości takiej, na jakiej na dzień dzisiejszy jestem w stanie pobiec dychę, no może bardzo zbliżonej a tu trzeba zrobić trzy takie piątki… Bałem się, jak cholera tego biegania, ale wiedziałem że im dłużej będę zwlekał tym będzie gorzej, więc trzeba było załadować tyłek i ruszyć… i ruszyłem, ale na własne życzenie spieprzyłem pewien element, którego specjalnie pilnuję. Byłem głodny i na około 2 h przed treningiem zeżarłem jakiegoś batona i napiłem się kawy… Ostatnio śmiałem się z Roberta, który zrobił podobny manewr i miał sraczkę… a tu sam wywinąłem taki numer. Wracając jednak do treningu… 4 km truchtu, pół kilometra ćwiczeń w truchcie, jakieś 5 minut kręcenia zadkiem i innymi wystającymi częściami ciała i można było zacząć… real horror show… Ruszałem z zera i planowałem polecieć do 4 i pół i do 4, gdzie miałem zaparkowane auto, zmierzyć kwas, napić się i ruszyć dalej… Na planach się skończyło. Ruszyłem… dwójka w 7’10, planowo, no może ciut za szybko, ale potem coś mi się pomyliło, chociaż matematyka była prosta… jednak moja głowa zaczęła myśleć o czymś innym… zaczął boleć mnie brzuch i wiedziałem, że mamy problem. Doleciałem do piątki, zegarek złapał czas 17’50 a ja musiałem ewakuować się w krzaczory… Oczywiście nawet przez chwilę nie przyszło mi na myśl, że ten drobny fakt, jak mega ból w brzuchu i rozwolnienie spowoduje zjazd do bazy i powrót do domu… Trzeba było zrobić jeszcze dwie piątki… Tym razem od 5 do 9 i do 8… Bolało i powtórka z rozrywki. Gremlin stop i w krzaki… 17’57. Było słabo… ale jakbym teraz odpuścił, to zakodowałoby się to gdzieś we łbie a i tak pod koniec ostatniej piątki były myśli żeby skończyć po 4 km, wejść do auta i wrócić do domu… Jednak nie. Ruszyłem ostatnią piątkę… 17’47 i zatrzymałem się na trójce a ostatnie 500 m przebiegłem siłą woli. Bolało. Oj tak. Dawno się tak nie ujechałem. Ostatnie 4 km roztruchtania męczyłem po 5’26/km… człap, człap, tup, tup, tup… Wlazłem za kółko i wlokąc się prawym pasem wróciłem do domu. Słabo kleiłem i nawet nie miałem siły porozmawiać z Iwoną czy posmyrać któregoś z futrzaków za uszami, ale mimo tego byłem mega zadowolony i zmotywowany. To kolejny trening biegany w 300 % poza strefą komfortu, ba powiem więcej, nawet roztruchtanie było poza tą strefą, więc suma sumarum z prawie 25 km treningu komfortowe były może pierwsze 4, rozgrzewkowe… 

Dlaczego o tym piszę. Nie żeby pokazać, jaki jestem zajebisty turbo kozak, ale po to, że są takie treningi, które trzeba biegać daleko od strefy komfortu, podczas których wszystko boli a żaden kilometr jest męczarnią. W takich treningach nie ma przyjemności biegania, jest walka z samym sobą, z głową która mówi, żeby dać sobie spokój a jak do tego dojdą jeszcze czynniki trzecie… robi się naprawdę bardzo ciężki trening. Ciężki trening po którym przyjdzie kolejny i kolejny itd. Dzięki takim jednostkom na zawodach można biegać, znaczy się ścigać się i walczyć o wyniki, miejsca a nie pobiec sobie treningowo, krajoznawczo i rekreacyjnie…

+ 100 do motywacji i psychiki. 

Po treningu czuję ból, ale satysfakcja i tak jest większa !

Copyright Piotr Suchenia © 2012. All Rights Reserved.