Tricity Trail, czyli leśne dwadzieścia jeden kaemów

To był ciekawy bieg, to znaczy to miał być ciekawy bieg, a nawet mocne ściganie się od początku do końca a wyszła dupa w krzakach, no ale cóż, wyszedł przynajmniej dobry i mocny trening,  chociaż finalnie parametry były, jak na mocnym rozbieganiu…

Może od początku. Tydzień startowy odpuściłem, tzn. zrobiłem luźny i spokojny, żeby odpocząć po mocnym a nawet bardzo mocnym poprzednim, w którym oprócz dużego nałożenia obciążeń przypałętała się jeszcze infekcja, zawalone  zatoki, ból gardła i musiałem zrobić jeden dzień wolnego. Z mocnych akcentów pobiegałem 3 x 5 km w przysłowiowy „łeb”, dzień po tym 12 km po 3’54, gdzie LA wyszło 1,6 mmol/l a wszystko dopełniłem mocnym deszczowym tempem 20 x 400 m… Dużo i mocno, ale jak w październiku mam pobiec mocno maraton, to trzeba do tego jakoś się przygotować. Można by pomyśleć, że do października jest jeszcze sporo czasu, ale tak tylko się może wydawać… teoretycznie. Praktycznie start jest bliżej niż dalej i to trzeba jak najlepiej wykorzystać. 

Wracając jednak do samego startu. W sobotę wieczorkiem odebrałem numer startowy i ruszyłem do Adventure Park Kolibki, gdzie odbywał się hardcorovy bieg terenowy o wdzięcznej nazwie „Biegun – morska bryza„. Całe szczęście nie musiałem tam startować, bo mogłoby być ciężko. Poprowadziłem krótką prezentację dotyczącą mojego wyjazdu na North Pole Marathon i mam nadzieję, że nie zanudziłem zebranych opowiadając, jak trzy dni się nie myłem, sikałem do beczki na 50 stopniowym mrozie itp. Było cool. 

Miałem pisać o zawodach… zapomniałem. No właśnie, odebrałem numer startowy, pojechałem na Kolibki, wróciłem i w niedzielę z rana o 6:50 odpaliłem furę i z kumplem z roboty pocisnęliśmy do biura zawodów. Po ogarnięciu się wyszedłem na rozgrzewkę, spokojne 3 km truchtu, standardowa gimnastyka i trzeba było się ustawić na linii startu. Było kilku chłopaków do mocnego biegania, więc szykowało się fajne ściganie. Taką miałem nadzieję… Ruszyliśmy w 6 osób… luźno i swobodnie. Nie zerkałem na zegarek i trzymałem się spokojnie grupy. Oczywiście nie zerkałem na czasomierz, ale leciałem swoje. Po około 2 km wbiegliśmy do lasu i zaczęły się górki. Jakoś nie czułem świeżości i luzu. Miałem od samego początku mocno zmęczone nogi, czyli poprzedni tydzień jeszcze siedział a dodatkowo lewa dwójka trochę spinała. Męczę się z nią od dłuższego czasu i niestety nie wiadomo co z nią jest i dlaczego ciągnie. Miałem profilaktycznie otejpowaną, ale to nic nie pomogło. Cóż… starość nie radość… W każdym razie męczyłem się mięśniowo i na którymś z rzędu podbiegu chłopaki mi najzwyczajniej w świecie odeszli a ja stałem w miejscu. I to by było tyle rumakowania. Trzymałem swoją szóstą pozycję i dreptałem do mety z nóżki na nóżkę… 

Trasa wiodła cały czas leśnymi drogami. Górki, pagórki, błotko, ścieżki i leśne drogi. Bardzo sympatycznie i krajoznawczo. Generalnie lubię takie tereny i dobrze się na nich czuję, ale nie dziś. To nie był ten dzień i trzeba było dowieźć spokojnie swoje miejsce do mety nie zostawiając za dużo zdrowia w lesie. Buty idealnie spisywały się, kleiły się do drogi i nie musiałem się martwić o przyczepność. Biegałem w tych samych wyścigowych laczkach co na biegunie, czyli inov-8 X claw 275, więc można śmiało powiedzieć, że to but uniwersalny, sprawdzony w każdym terenie, który z czystym sumieniem mogę polecić każdemu. Warto. Sprawdzają się w zimę i w lecie. Na śniegu i na błocie. Są GIT!

Było GIT. Dokulałem się do najwyższego punktu i można było rozpocząć ponad 10 km zbieg… na którym również nie było prądu, ale nie spieszyło mi się nigdzie. Po drodze wciągnąłem żel, napiłem się trochę wody i do mety… Na trasie w kilku miejscach stali znajomi wolontariusze zagrzewający do walki. Dzięki !!! To było bardzo sympatyczne. Na około 18 km zerknąłem na zegarek i zobaczyłem „lap” 4’08…. ups… ale wolne tempo a następnie usłyszałem za sobą biegnącego rywala, gonił mnie i głośno dyszał… Trzeba było lekko się spiąć i przycisnąć, żeby uniknąć mocnego finiszu. Udało się bezpiecznie dowieźć miejsce do mety. Początkowo myślałem, że byłem szósty ale finalnie wyszło, że dobiegłem piąty. Michał gdzieś zszedł z trasy i tym samym poszedłem oczko do przodu. 

Jak spojrzałem później na parametry, to intensywność wyszła, jak na mocnym rozbieganiu, czyli wydolnościowo, był luz, ale mięśniowo muł. Tak wyszło. W zawodach startowało kilku moich podopiecznych, którzy spisami się bardzo dzielnie. 

Kamil wygrał dystans TriCity Trail Maraton + z czasem 3:32:55 mimo tego, że tydzień wcześniej biegał w Norwegii ciężki 170 km bieg, Michał ukończył maraton z bananem na ustach i z czasem 5:30:43 na wyjątkowo luźnej nodze i napisał później, że to był jego pierwszy ultra, na którym tak dobrze się czuł i nie musiał walczyć o przetrwanie.

Na dystansie TriCity Trail Półmaraton + ekipa „50 latków” Jarek mimo lekkiego zgubienia trasy był pierwszy a Ryszard drugi !!! Mają chłopaki parę w nogach ! 

  • Jarek 1:36:39
  • Przemek 1:37:44
  • Ryszard 1:38:38
  • Robert 1:38:47
  • Sławek 1:45:31 (+ 2 km )

To były bardzo dobre zawody. Pod względem organizacji widać doskonale, że ekipa wie co robi i zna się na tym. Widać, że nie są to osoby, które z biegami górskimi i ultra nie mają nic wspólnego. Widać, że siedzą w tym i sami startują. Nie słodzę generalni nikomu, ale często startuję w imprezach, które organizowane są tylko na odhaczenie, bo jest taka wola gminy, miasta, sponsora i nie właśnie tego czegoś. Klimatu a klimat jest najważniejszy. Było GIT! 

…szkoda, że musiałem się ewakuować i nie mogłem zostać na dekoracji, ale cóż. Przed 22 musiałem zameldować się na drugim końcu Polski w okolicach Ustrzyk Dolnych a to z Wejherowa dobre 900 kilometrów. 

Copyright Piotr Suchenia © 2012. All Rights Reserved.