Jeżeli nie masz pasji, to znaczy…

Są takie treningi, do których najzwyczajniej na świecie podchodzi się z dość dużym respektem, chociaż to chyba najbardziej delikatne słowo, jakiego można użyć. Nie chciałem specjalnie użyć słowa „strach”, chociaż może i szkoda… Tak, więc są takie treningi,do których podchodzę jak pies do jeża i nic od X lat w tym temacie się nie zmieniło i raczej nic się nie zmieni. U mnie to zazwyczaj mocne bieganie na dość wysokich prędkościach, gdzie 200% jak nie 300% treningu wykonywane jest grubo poza strefą komfortu… ale takie treningi oprócz tego, że kształtują cechy fizyczne dość mocno działają na głowę. 

Wczoraj biegałem właśnie taki akcent, paskudny trening (jak dla mnie) do którego zbierałem się i zbierałem i nie mogłem się zebrać… Teraz z perspektywy tych kilku czy kilkunastu godzin patrzę na to z przymrużeniem oka, ale może od początku. 

Do wyrobienia były dwie czwórki i pięć czterysetek. Niby nic, ale prędkości miały być 3’30 – 3’35 oraz 1’10 – 1’15… szybko. Jak dla mnie bardzo szybko. W głowie telepały mi się ubiegłotygodniowe ósemki, które mnie zniszczyły na kilka dni i to był czynnik mocno deprymujący oraz kręciła mi się wtorkowa czternastka, którą poleciałem na luźnej nodze po 3’53 na zakwaszeniu 1,4 mmol/l. Czyli wiedziałem, ze jestem wypoczęty (w miarę) i mogę mocno pobiec, ale zawsze czwórki po 3’30 to czwórki z prędkością startową prawie półmaratońską i trochę wolniej niż tą na dyszkę. Takim kombinowaniem zrobiłem sobie niezły mętlik w głowie, co nie było dobre, bo włączył się element stresogenny i trzeba było szybko wyjść na prostą drogę, znaczy się na czarną drogę.

Chcesz biegać, to trzeba trenować. Nie ma innej drogi. – Piotr Mańkowski

Po pracy więc pojechałem do lasu na czarną… Całą drogę myślałem, gdzie by tu pobiec, gdyż oprócz profilu trasy w grę wchodził wiatr, który dmuchał 11 – 12 m/s, czyli mocno… Pierwsza myśl, pojadę na „4”, zrobię rozgrzewkę 4 km i będę biegał do „8” i z powrotem do „4”… Jednak coś mi odbiło i postanowiłem zmienić plan. Wymyśliłem, że pojadę do „4”, zrobię rozgrzewkę do „0” i pobiegnę z wiatrem w plecy do „4” i potem do „6” i wrócę do „4”… OK. Plan jest to jedziemy… Oczywiście w drodze zmieniłem koncepcję i zaparkowałem na „0”. Plan więc był taki, że biegnę od „0” do „4” i od „4” do „0” i czterysetki biegam z wiatrem w plecy… Nawet wyszedłem z auta i … po raz kolejny zmieniłem koncepcję… na „4” > „8” i „8” > „4”… Dość zagmatwane, ale do rzeczy. O czym to świadczy ? Mianowicie, jakby to Bartek powiedział, o tak zwanym „srulu” czyli sraczce przedstartowej a w tym wypadku przed treningowej. O obawie przed realizacją zadania i ciągłym natłoku myśli czy dam radę czy nie dam rady… W każdym razie pojechałem na parking na „4” i nie myśląc zbyt wiele wybiegłem z samochodu na rozgrzewkę. Nie kombinowałem, nie gdybałem, nie myślałem, tylko spokojne tup tup tup 4 km… z nóżki na nóżkę + 500m ćwiczeń w truchcie i około 5 minut gimnastyki. Standardowy zestaw… i znów myślenie o tym co i jak… i po ile i dlaczego tak szybko… bleeeeee… Jeszcze doszła myśl w czym pobiec, czy na długo, czy na krótko czy jeszcze inaczej… srul, srul, srul… Zmieniłem więc buty na startówki i przypomniałem sobie, że boli mnie od dwóch dni przyczep krawieckiego… a robiło się coraz później… 

Trzeba było więc spiąć tyłek, zacisnąć zęby i odpalić… Niech się dzieje wola nieba… zacząłem jak na skazanie. Odcinek, na którym biegałem wyglądał tak, że około 2,2 km wiodło pod górę, potem lekko w dół i od „7” do „8” km praktycznie płasko. Najgorszy odcinek, jak dla mnie to od „5” do „6” bo tam jest dość mocno do góry, ale jak na zawodach będzie pod górę to co ? Przecież się nie rozpłaczę i nie oddam kilometra bez walki… W każdym razie policzyłem, że na pięćsetkach (biegam na mierzonej trasie, co 500m, bo GPSy i Glonassy czy jak to się tam zwie kłamią i oszukują!!!) muszę mieć 1’45-47 potem matematyka będzie już łatwiejsza 3’35, 7’10, 10’40 i 14’20 a na pięćsetkach w zależności, jak będzie szło, ale zazwyczaj około końcówki będą „15”, „30”, „45” + 2/3″… Więc ruszyła maszyna po szynach… bez kalkulacji, bez kompromisów, bez stresu… bo wyłączyłem guzik srul i stwierdziłem, że to tylko dwa razy po jakieś 14 minut mocnego biegu a przecież takim tempem niedawno biegałem połówkę i przeżyłem. Pierwsza pięćsetka idealnie 1’45. GIT! Na 1 km 3’29, 5’14, 6’59… i finalnie zamknąłem pierwszą czwórkę na 14’02. To jest po 3’30/km. Uffff….. i nie było tak źle. 400 metrów świńskiego truchtu z nóżki na nóżkę, chwila koncentracji i jazda…

Druga czwórka i na otwarciu 1’41, lekkie hamowanie, 3’27, spokój, jeszcze tylko jakieś 500 m pod górkę i będzie można puścić nogi. Przestałem generalnie kontrolować czas i trzymałem tempo. Koncentrowałem się na trasie i tradycyjnie dzieliłem ją na kawałki. Do zakrętu, do znacznika… Druga czwórka wyszła w 13’51, czyli po 3’27 /km i przeżyłem. Jeszcze niedawno biegałem wolniej na zawodach na 5 km… a tu proszę. Taka niespodzianka i wcale nie byłem ujechany na maxa. Do końca zostały jeszcze czterysetki, dość szybkie, ale postanowiłem sobie tym razem lekko ułatwić życie i biegałem je na lekkim zbiegu. Chciałem puścić mocno nogi i przepalić płuca, pobiegać trochę szybciej. 

Pierwsza dość spokojna 1’12, spokojny trucht 400 m i kolejna, mocniejsza 1’10, następna 1’11 i dwie ostatnie po 1’10 no i GIT. Po ostatniej zakwaszenie wyszło 10,0 mmol/l czyli pysznie. Troszkę popracowałem na wyższym kwasie, na wyższej intensywności i o dziwo nie byłem ujechany na maxa. Spokojnie wsiadłem za kółko, wróciłem do domu, zrobiłem koktajl na kolację a dziś nie czuję żebym cokolwiek biegał. Grunt to dobra żywieniowa regeneracja, co u mnie sprawdza się idealnie. Strzał węglowodanowo białkowy od razu po treningu oraz kolejny wieczorem przed snem i wstaję wypoczęty, mimo tylko 6-7 godzin snu… i nic nie boli. Nie ma DOMSów i spokojnie mogę dalej i mocno trenować. W tym tygodniu jeszcze tylko jeden trening morderca w sobotę a reszta to całe szczęście spokojne komfortowe rozbiegania… 

Kolejny tydzień niestety zapowiada się mega ciężko. 7 dni w pracy, do tego dodatkowych 7 treningów personalnych i gdzieś między to trzeba wcisnąć moce maratońskie trenowanie… Zapowiada się więc bardzo mało spania, dużo trenowania i bardzo dużo pracowania… 

Jeżeli nie masz pasji, to znaczy, że marnujesz swój czas…

Copyright Piotr Suchenia © 2012. All Rights Reserved.