Frankfurt Marathon 2017 …on tour…

Rachu ciachu i po strachu… no może troszkę dłużej to zeszło, ale cóż… tak nieraz bywa, że nie idzie jakby się chciało i nie należy z tego powodu się łamać, płakać, gryźć się w nos czy pisać fejzbógowe klepsydry… bo po co ? Pytam się po co ? Odpowiedź jest banalnie prosta… bo nic się nie zmieni dołowaniem, smuceniem się i martwieniem na zapas. Pójdę dalej… takim łamaniem się i użalaniem można pogrążyć się w jeszcze gorszy stan. Wiem, bo sam tak kiedyś robiłem i na 99,9 albo nawet więcej procent nigdy nie było lepiej… tylko gorzej. Smutek nakręca smutek. Dół kopie jeszcze większy dół a świat przecież się nie kończy… po jednym nieudanym starcie, nawet do którego przygotowywano się ileś tam czasu… To słowem wstępu. 

Do tego maratonu przygotowywałem się dość długo, nawet bardzo długo, trening szedł całkiem fajnie, chociaż biegałem dość mało kilometrów – jak na mnie, ale jakościowo było ok. Robota była praktycznie zrobiona, ale niestety byłem na ciągłym „niewypoczynku” … cóż życie. Robota po kilkanaście godzin dziennie w niektóre tygodnie do tego swój trening maratoński troszkę mnie wytelepały i nie było kiedy i jak nabrać świeżości, ale przecież nie jestem zawodowcem, więc nie ma na co narzekać i nie narzekam. Bawię się bo się bawić trzeba umieć… 

Z krótkiej perspektywy widzę, że na dyspozycji dnia zaważyły dwa tygodnie, dość aktywne i zalatane. Tydzień kiedy musiałem ogarnąć kilka tematów w Łorsoł i w Poznaniu oraz kolejny kiedy na dość dużym zmęczeniu załadowałem za dużo akcentów myśląc, że zregeneruję się jakbym miał 10 lat mniej… aż głupio pisać takie głupoty, ale niestety tak jest. W tygodniu przedstartowym były mocne trójki po 3’32-33/km, dwunacha ciągłego, siła z wybiegiem oraz zabawa biegowa 10 x 3′ … weszło wszystko ładnie, ale nie puściło… i to poczułem na starcie. Myślę, że jakbyśmy puścili tydzień wcześniejszy, jak przed połówką praską, wynik byłby dużo lepszy, ale… cóż. Wyszło, jak wyszło. Świat się nie skończył i nie zawalił. 

No, ale wracając do Germanii i startu we Frankfurcie. W tygodniu startowym poleciałem jeszcze 8 km po 3’43, na jako takim luzie, ale bez spektakularnego szału. Szło, ale nie do końca… trening ten biegałem w środę, więc do startu miałem cały czwartek, piątek i sobotę.

W czwartek byłem na masażu ciśnieniowym, żeby nogi doszły do siebie, a w piątek polecieliśmy po 14 do Franka. Szybko i sprawnie. Lecieli z nami Grześ z żoną Iwoną i córką Marcelą. Solidna ekipa… on tour… Dolecieliśmy. Wylądowaliśmy i ruszyliśmy na pociąg po drodze zahaczając o biletomat. Nie byłoby w tym nic ciekawego, gdyby nie fakt, że trzeba było się nauczyć go obsługiwać, co poskutkowało dość dużą kolejką, ale nikt złego słowa na nas nie powiedział, chociaż pod kosem nie jedno przekleństwo na „polaczków” pewnie poleciało. W każdym razie finalnie udało się zakupić bilety i można było iść na peron, wsiąść w odpowiedni pociąg  i pojechać na dworzec główny. To nie było takie proste… usilnie uwzięliśmy się na jeden peron chociaż to właśnie z drugiego odjeżdżały pociągi S8 i S9 jadące na dworzec. Kwitnęliśmy tam dobre pół godziny i w końcu po przyjechaniu kolejnego pociągu daliśmy dzidę z walizkami po schodach do góry, na dół i wbiliśmy się w pociąg… Było git! Udało się. Zostało jeszcze znaleźć drogę do hotelu, odnaleźć hotel ale dzięki wujkowi gugle jakoś daliśmy radę. Można było ruszyć po pakiety. 

Odebraliśmy numerki, pokręciliśmy się po expo i poszliśmy na kolację do pobliskiego centrum handlowego. Szamka, hotel, nawadnianie i spać… Mogłem w końcu się porządnie wyspać i spałem dobre 8 jak nie 9 godzin, co zdarza mi się może raz w tygodniu albo i rzadziej. Zazwyczaj śpię po 6 max 7. 8 – 9 h istne szaleństwo wręcz rozpusta. 

Sobota dzień kota… śniadanko a po nim rozruch z Grzesiem. Tup tup tup… z nóżki na nóżkę i oczywiście nie wiadomo gdzie. W prawo, w lewo i oczywiście się zgubiliśmy, ale było git. Było sympatycznie i wesoło. Pobiegaliśmy, pofociliśmy, pozwiedzaliśmy. Pełen luz i pełen fun. 

Pogoda była spoko. Było ciepło, ale wiało… a w niedzielę miało wiać jeszcze bardziej… ale jak to jest z wiatrem, że raz wieje w plecy a raz w twarz, raz z prawej strony a potem z lewej… no i każdemu wieje tak samo. Po rozruchu spanko, odpoczywanko, chwila na expo i obiadek z Mirkiem i jego małżonką Ewą. Super towarzystwo i super klimat. Pogadaliśmy o starych Polakach, o bieganiu i innych dziwnych tematach. Miło i sympatycznie. 

Po obiadku regeneracji część dalsza… Dziewczyny ruszyły na szoping a my odpoczywać. Jutro do zrobienia były 42 km dookoła Frankfurtu, trzeba było więc mieć świeże i wypoczęte nogi… Wieczorkiem po wlaniu w siebie ostatniej porcji nawadniacza karbolołdera ruszyłem na krótki spacer dookoła bloku i po 15 minutowym spacerku wróciłem spać… dobrze, że noc zapowiadała się o godzinę dłuższa, ze względu na przestawienie zegarków. Można było się więc spokojnie wyspać i jeszcze lepiej zregenerować przed trudami biegu… 

Copyright Piotr Suchenia © 2012. All Rights Reserved.