Frankfurterki na sportowo !

W niedzielę wstałem wyspany w 110%. Godzina w zapasie przez zmianę czasu przydała się, więc punkt 7:00 byłem na nogach gotowy do działania. Szybkie założenie fatałaszków, maratońskie śniadanko – praktycznie od X lat takie samo, czyli białe pieczywo z miodem, zielona herbata i flaszka koxu… krótki spacerek dookoła hotelu i do wyrka, koncentrować się. W temacie jedzenia jeszcze dwa zdania. Często i gęsto zawodnicy pytają się mnie co jeść na śniadanie… a moja odpowiedź jest identyczna… to co zawsze jesz przed mocnymi akcentami i zawodami… To nie czas na eksperymenty żywieniowe i kombinacje alpejskie, więc jeszcze raz… Ja od X lat jem zawsze to samo na śniadanie przed każdym startem. Białe pieczywo z miodem + zieloną herbatę z cukrem. Nic więcej. Sprawdzone, przetestowane, działa. 

Po spacerku, który miał na celu rozruszanie kiszek i spowodowanie przemieszczenia się treści pokarmowej z góry w dół… wróciłem do hotelu, położyłem się na chwilę, poczytałem, połaziłem, napiłem się a ostatnią porcję wungla spożyłem na 2 godziny przed startem, czyli o 8:00. Od tego czasu do 10:00 popijałem wodę i nic nie jadłem. Sprawdzone, przetestowane, działa. 

Kilkanaście minut po 9 ruszyliśmy w stronę startu… Krótki spacerek, potem 2 km lekkiego rozbiegania, gimnastyka, siku i można było ładować się do strefy startowej. Oczywiście przez barierkę i oczywiście do elyty, bo Polaki tak mają, że zawsze się pchają tam, gdzie ich nie chcą. W tym przypadku jednak czuję się usprawiedliwiony, gdyż nikomu nie zawadzałem, nie przeszkadzałem gdyż plan był prosty >>> poniżej 2:40 a najlepiej poniżej 2:35…. Plan, planem, ale czułem, że życie szybko zweryfikuje przedstartowe założenia i na planach się skończy. Nie żebym nie wierzył w swoje siły, ale jestem (niepoprawnym) realistą i wiem na co mnie stać w danej chwili. W strefie jeszcze spotkałem Szmajchela, który miał podobne plany jak ja i podobnie, jak w moim przypadku na planach się skończyło… 

O 10:00 ruszyliśmy. Od początku szło topornie. Pierwszy kilometr a ja się męczyłem… nie było luzu i czułem się pospinany jak spięty spinacz, ale miałem nadzieję, że puści… na nadziei się skończyło. Otworzyłem idealnie z planem, czyli po 3’45 a nawet po 3’46 czyli na (niby) luzie. Na drugim km 7’33 i dalej lipa… Na czwartym krzyknąłem do Iwony… koniec kariery… w takt znanej piłkarskiej przyśpiewki. Nie szło. Nie czułem. Byłem spięty jak baranie jaja. Piątkę minąłem w okolicy 18’50, czyli „prawie” zgodnie z założeniami i przyspieszyłem… Całe szczęście biegło sporo osób i grupek, więc sprawdzonym sposobem od grupki do dupki do przodu… ale nie szło. Zupełnie nie było luzu i świeżości… ale dychę minąłem po 37 minutach i 33 sekundach. 

…i jak widać na załączonym obrazku, powyżej wyglądam na dość niewyraźnego a to dopiero był początek. To był początek końca, tak chyba Kazik kiedyś śpiewał. No cóż, ale trzeba było biec i jeszcze się spiąć i zobaczyć co dalej… Kolejna piątka 18’29. Przyspieszyłem !!! Hurraaaaa… ale tylko na chwilę, bo kolejne pięć kaemów pokonałem w 18’29 i całe 20 kilometrów w 1:15:00. Byłem ugotowany, jak kurczak z makaronem i szpinakiem, który pichciłem z Maliką. Nie było sensu dalej się męczyć – tak, rzuciłem biały ręcznik – szczególnie że w głowie dzwonił dzwonek z napisem 27 listopada kolejny maraton… więc trzeba było zwolnić, odpuścić i jak najmniejszym nakładem sił dobiec do mety. Na połówce zegar pokazał 1:19:20…

Z nóżki na nóżkę… dreptałem więc sobie kolejne 21 km i wkurzałem się, że do mety jeszcze tak daleko. Z kronikarskiego obowiązku, kolejne piątki wyszły odpowiednio: 19’13, 20’19, 21’36, 23’04, czyli równia pochyła… tup, tup, tup… Na 36 km jeszcze podbiegłem do Iwony, której dałem buziaka i powiedziałem, że cóż… wyszło, jak wyszło… ale dotruchtam do mety z nóżki na nóżkę z uśmiechem na twarzy. Tak też zrobiłem. 

Na metę wbiegłem z czasem 2 godzin 49 minut i 28 sekund po drodze zaczepiając skaczące z pomponami niemieckie czirsy (czyt. cheerleaderki) bo się bawić trzeba umiećDostałem medal, pelerynkę, napiłem się i poszedłem szukać Iwony, która szukała mnie. Dostałem dyplomatycznie mówiąc mały OPR (czyt. opie****) co ja wyrabiałem na tej trasie i takie tam, ale cóż… nie będę się przecież martwił i smucił, że nie wyszło. 

No właśnie. Nie wyszło mimo, że szykowałem się do tego biegu dość długo a nawet bardzo długo czy też dłużej niż długo. Przebiegłem tysiące km, wydałem kupę kasiory, wylałem hektolitry potu i straciłem bardzo dużo czasu a wynik… z tyłka… No i co z tego ? Nic ! Świat się nie skończył. Doskonale się bawiłem i cieszyłem się chwilą i miejscem. Było GIT, chociaż nie wyszło po mojej myśli. Miałem się załamać ? Pizgnąć butami o ścianę, czy walnąć focha na bieganie, pokłócić się z żoną i napisać na fejsie, że wiatr urwał mi głowę, jestem zły bo milion tysięcy kilometrów poszło psu o budę (chciałem napisać o du**)… NIE. Dlaczego ? Bo zaliczyłem 29 maraton w karierze, zaliczyłem świetny wyjazd, spotkałem super ludzi i doskonale się bawiłem i cieszyłem, że mogłem być właśnie tam w fajnym towarzystwie. Świat się nie skończył. Trzeba ciągnąć dalej swój wózek i przede wszystkim cieszyć się chwilą !!!

I tak zwyciężyłeś!
Nie żałuj, że Ci się nie udało. Ciesz się, że próbowałeś.

Copyright Piotr Suchenia © 2012. All Rights Reserved.