…keep on running…

Prawie, jak zakładka ;)

Całe szczęście przeżyłem czwartek w jednym kawałku, ale dziś znów czuję wczorajszy trening. Może nie w mięśniach, bo są do tego przyzwyczajone, że co jakiś czas jak mi odbije to nie mam dla nich litości, ale ogólnie czuję, że trenowałem. W sumie nie patrząc, to na mocnych obrotach pracowałem przez niespełna 3 godziny, z przerwą na przemieszczenie się z miejsca A na miejsce B i z miejsca B do miejsca C

 

Dzionek przebiegał w podobnym tonie, jak we wtorek, czyli pobudka, śniadanie, do pracy, na alejkę… i 4km rozgrzewki + 10 x 3′ / 1′ + 3km roztruchtania, w samochód, do domu po ciuchy na pływalnię, kawałek ciasta które upiekła Iwona i na trening, gdzie Piotr zakomunikował, że do zrealizowania będzie mocne zadanie główne… w sumie 1500m, hmmm…. niby nic, ale może dla pływaków.
 
Zaczęliśmy spokojnym rozpływaniem 300m i dalej przeszliśmy a raczej przepłynęliśmy do ćwiczeń, czyli 8 x 25m RR do kraula + 8 x 25 NN do kraula + 8 x 25m kraul + 8 x 25m ćwiczenia do kraula + 100m luźnego pływania i część główna, czyli zadanie… 4 x 200m (~3’37 – 3’40) + 3 x 150m + 2 x 100m + 1 x 50m, w czym ostatni odcinek mierzony na czas (41’52) i na koniec rozpływanie…zmęczyłem się i z czystym sumieniem w domu skonsumowałem parówki, bułkę z serem i salami + dwa browary ufff…..
 
Jak dziś budzik zadzwonił o 6:10 to lekko nie wiedziałem o co chodzi i dlaczego trzeba wstawać…

 

No cóż, sam tego chłopie chciałeś, więc się teraz męcz!

 

Hardcorovy wtorek

Są takie dni w tygodniu, kiedy jestem tak wypompowany, że na nic nie mam siły. Nawet wieczorem nie chce mi się oglądać TV i jedyne o czym marzę to wyrko. Takie dni to wtorki i czwartki, ale jak się chce być „człowiekiem z żelaza” to trzeba spiąć pośladki, zacisnąć zęby i jechać z tematem. „Nie ma lipy!” jak to mówi Hardcorovy Koksu.

 

Wczorajszy wtorek był jednym z takich. Tradycyjnie na 7:30 zajechałem do pracy, więc o 6 trzeba było zwlec się z wyrka, oczywiście w poniedziałek do domu po pracy wróciłem tradycyjnie przed 21, ale cóż… życie. W każdym razie po pracy szybko pojechałem na alejkę Sopot – Gdańsk, gdzie pobiegłem dychę ciągłego. Na początek 4km rozbiegania, dycha w 39:51 i trójka roztruchtania. Było całkiem si, gdyby nie nawierzchnia… ślisko, jak na Alasce. Czułem się, jak jeden z kierowców programu „Ice Road Truckers” ale dałem radę i zaliczyłem planową 17-stkę. Po treningu szybko za kółko i jazda do Wejherowa, niespełna 40km w godzinach szczytu… jak ja to kocham 🙂 Udało mi się wciągnąć kawałek rybki z ryżem i jazda na kolejny trening, wodny oczywiście i jazda po całości. Tym razem tempo było naprawdę ostre i trzeba było ostro na wiosłować żeby nadążyć z tematem.  Z tego, co zapamiętałem trening wyglądał mniej więcej tak:

 

– rozgrzewka 300m

2 serie:   (2 x 50m RR do kraula, 2 x 50m NN do kraula, 4 x 25m wolno / szybko), 

– 4 x 150m kraul

– 8 x 25m ćwiczenia do grzbietu w płetwach

– 4 x 150m kraul

– 8 x 25m ćwiczenia do kraula w płetwach

– rozpływanie 100m

 

Muszę przyznać, że nieźle się spompowałem i na ostatnich 150-tkach, ale jakoś dałem radę 🙂 Powoli obawiam się czwartku, w planie mam 10 x 3′ zabawy biegowej po której kolejny trening w wodzie…

 

…walka trwa!

 

Zimowe GPX Sztumu w Biegach Przełajowych

 

W sobotę, po raz kolejny startowałem w Sztumie w Zimowym GPX Sztumu w Biegach Przełajowych. Pogoda, jak na tę okoliczność była arcy zimowa 😉 było biało, zimno i tradycyjnie wiał wmordewind, ale to charakterystyczne dla tego miejsca. Start w tych zawodach był typowo z treningu, więc nie oczekiwałem rewelacji po formie a raczej bezformiu, ale liczyłem na lepszy wynik niż miesiąc temu. W biegu głównym udział wzięło 177 osób, czyli bardzo przyzwoita ilość, szczególnie jak na tak nieprzyjazną biegaczom pogodę.

 

 

O 11:45 ruszyliśmy, przez piach na ścieżkę, na przełaj 😉

 

 

Pod nieobecność Bartka Mazerskiego, na prowadzenie wysunął się od razu Mateusz Niemczyk a my w kilkuosobowej grupce cisnęliśmy za nim. Do 3km biegło się całkiem przyzwoicie, ale na kilometr przed metą lekko mnie przytkało i chłopaki mi odeszli.

 

 

Ostatecznie dobiegłem na 7 pozycji z czasem 16 minut i 19 sekund, poprawiając swój wynik sprzed miesiąca o 13 sekund, a wtedy warunki pogodowe były o niebo lepsze.

 

 

Za miesiąc, 18 lutego trzeba będzie spiąć się jeszcze bardziej i poprawić wynik, chociaż nie to jest teraz najważniejsze. Generalnie jestem zadowolony z tego startu, szczególnie że cały czas jestem w spokojnym treningu a z szybszych rzeczy to… tylko pływałem 😉 😉 😉

 

Zdjęcia pochodzą z galerii znajdującej się na stronie internetowej: www.grupamalbork.pl

Królowa Zimnych Wód – Lynne Cox

 

Kilka tygodni temu kolega z pracy podrzucił mi książkę Lynne Cox nazwaną za jej wyczyny w otwartych wodach „królową zimnych wód”. Pozycja ta całkowicie zmieniła mój stosunek do pływania długodystansowego i w zupełnie inny sposób skierowała moje myślenie co do tej dyscypliny sportu.

Pozycja ta to opis kilku niezwykłych dokonań Lynne, która min. dwukrotnie pobiła rekord świata w przepłynięciu Kanału La Manche w czasie 9 godzin i 57 minut oraz 9 godzin i 36 minut. Nie muszę chyba dodawać, żeby rekord mógł zostać uznany osoba musiała płynąć tylko w stroju kąpielowym, bez żadnych płetw, pianek, łap itp… Lyne przepłynęła również Cieśninę Cooka (~10 mil) w wodzie o temperaturze niespełna 10 stopni, ale to nie wszystko… W swoim pływackim dorobku ma również przepłynięcie Cieśniny Beringa, Jeziora Bajkał czy… przepłynięcie dystansu „jedynie” mili morskiej w wodach Antarktydy, czyli kąpiel w wodzie o temperaturze 2-3 stopni Celsjusza albo i mniej…

 

Warto sięgnąć po tą pozycję i poświęcić jej swój czas…

 

Copyright Piotr Suchenia © 2012. All Rights Reserved.